Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Sobie śpiewam, a co z muzą? /taki suchy żarcik polonistyczny/

Noworoczne postanowienia to nudy na pudy. 
Dlatego nie będzie żadnych postanowień w stylu "w nowym roku więcej notek". Nie. Jak się uda, to fajnie. Jak nie - to szkoda, ale trudno. 
Dawno nie pisałam, z powodów wielorakich. Intensywność życia rodzinnego wkroczyła u nas w ostatnich miesiącach na prawdziwe wyżyny. Dla zdrowia psychicznego (i fizycznego) trzeba było zrezygnować z niektórych aktywności. 
Tyle tłumaczenia :P 

Dziś post muzyczny. 

Na muzyce jakoś szczególnie się nie znam. To znaczy lubię. Słucham. Kiedyś chodziłam na koncerty (jakoś tak w gimnazjum i liceum miałam sporą fazę na takie rozrywki, potem mi przeszło). Kolekcja moich płyt była (śmiały to być może sąd) imponująca. Niestety na okoliczność przeprowadzki znakomita większość zaginęła. Jak by tego było mało, trafił mnie się mąż umiejący co prawda śpiewać i grywać na gitarze (acz niechętnie, trzeba go bardzo prosić), ale niepałający sympatią do słuchania muzyki non-stop. No i jakoś tak mi się od tego męża udzieliło. Niestety - nie w kwestii śpiewania i grania, tylko tego niesłuchania. A raczej - dość rzadkiego słuchania. 

Oczywiście, oczywiście - śpieszę uspokoić wszystkich znawców idealnego rodzicielstwa. W CIĄŻY SŁUCHAŁAM MOZARTA. Co prawda tylko od czasu do czasu. Bo jednak wolę Czajkowskiego. Ale chyba też ujdzie? 

Od roku z mniejszą lub większą regularnością chodzę z Frankiem na zajęcia umuzykalniające. Coraz popularniejsze Gordonki. O metodzie szczegółowo rozpisywać się nie będę. W skrócie rzecz ma się tak: 
  • Zajęcia są dla dzieci od 6 miesiąca życia - mnie to właśnie skusiło, bo w okolicy nie było innej oferty dla najmniejszych maluchów.  
  • Na zajęcia dzieci przychodzą z rodzicem lub innym opiekunem - jest więc bezpiecznie. I nie chodzi mi o zaufanie do personelu, tylko o poczucie bezpieczeństwa dziecka, dla którego wystarczającym szokiem musi być pani prowadząca i inne (obce) dzieci. Oczywiście, z czasem dziecię się przyzwyczaja, ba! nawet ośmiela :) 
  • Na zajęciach dzieci NIC NIE MUSZĄ. Czyli nie klaszczemy dziecięcymi łapkami. Nie wciskamy na siłę grzechotek. Nie zmuszamy ich do śpiewania gamy. Hmmm... No dobra - ktoś zapyta - to co wy w ogóle robicie na tych zajęciach? I tu przechodzimy do sedna. Sedno zapewne zniechęci wielu rodziców (na przykład mojego męża, który po jednych zajęciach powiedział "nigdy więcej" :P). Mnie nie zniechęciło, a rosnąca popularność, jaką cieszą się te zajęcia, świadczy o tym, że nie jestem wyjątkiem. Na zajęciach grają i śpiewają - prowadzeni przez bardzo dobrze przygotowaną i muzycznie wyedukowaną prowadzącą - dorośli! 


Hip-hip-hura! Wreszcie miejsce, gdzie mogę śpiewać i grzechotać. I nikt nie patrzy na mnie jak na wariatkę. 

O korzyściach pozamuzycznych płynących z gordonków planuję napisać innym razem. Korzyści muzyczne są takie, że wspólnie sobie z Frankiem śpiewamy. I idzie to pomału coraz lepiej. 

W poście muzycznym nie może zabraknąć też muzyki. Do słuchania, do bujania, czasem do tańczenia, a bardzo często do wygłupów. Pisałam Wam kiedyś o pierwszym koncercie Franka. Możecie odświeżyć ten wpis tutaj. Tak, tak. Znaliśmy i polubiliśmy Anię Brodę, zanim stało się to modne za sprawą programu Mam talent. Dziś chciałabym się podzielić kolejnym muzycznym odkryciem. 

Przed Świętami wpadłam na pomysł kupienia Frankowi płyty dla dzieci. Do tej pory dysponował trzema zestawami kołysanek (w tym "Kołysała mama smoka" i duet Turnau&Umer <3). Chciałam jednak coś bardziej do potańczenia oraz rozwijania słownictwa. I znalazłam! Płyta, na której dzieci śpiewają wiersze Tuwima. Uważam, że utwory jego (oraz Brzechwy) są po prostu nieśmiertelne, a ich rytm jest absolutnym majstersztykiem. W dodatku często są z jajem, więc można się przy nich pośmiać. Miałam trochę stracha, kupując tę płytę wiedziona impulsem bez uprzedniego odsłuchania. No ale z tyłu zobaczyłam, że patronaż na tym muzycznym przedsięwzięciem objęła Lemonka - żoliborska kawiarnia dla mam z dziećmi, do której swego czasu namiętnie chodziłam (teraz też mi się zdarza, choć rzadziej). Zaufałam Lemonce i się nie zawiodłam! Płyta jest zaskakująca, nowoczesna, ale i tradycyjna ("Lokomotywa" z przytupem prawie hip-hopowym, a jednocześnie wiele fragmentów przenosi mnie do krainy dzieciństwa i najlepszych starych dobranocek, z absolutnie cudownymi ścieżkami dźwiękowymi), dziecięca, ale bynajmniej nie infantylna (mój ukochany "Aeroplan" śpiewa mała dziewczyneczka o głosiku iście anielskim, a jednocześnie jest to interpretacja pełna humoru). 
Bardzo się cieszę, że odkryłam MUZALINKI - bo to o nich mowa. W zalewie kiczu, tandenty i ogólnej ohydy, można znaleźć coś na poziomie. Zachęcam do wysłuchania chociaż kilku utworów :) 

http://muzalinki.pl/muzalinki 

Niestety - "Lokomotywa" jest dostępna tylko na płycie. 


piątek, 28 sierpnia 2015

Choroba jasna!

Wakacje. 
Kojarzą się z wieloma rzeczami. Morze, góry, jeziora, kajaki, zwiedzanie, wędrówki - co kto lubi. Grunt, że ma być frajda. 

U nas frajdy nie ma. Jest za to choroba. I to nie jedna. Spieszę zapewnić, że nic bardzo poważnego. A to rota wirus, a to zapalenie gardła, a to angina. Więc szpitala nie ma. Jest siedzenie w domu. No właśnie. Siedzenie w domu. Ja i tak - według Państwa naszego - siedzę w domu. Siedzę na tyłku i nic nie robię. W końcu jestem na urlopie, heloł! 
Przymusowe siedzenie w domu skłoniło mnie do następujących przemyśleń. 
Co ma zrobić chory rodzic? 
Jak zajmować się dzieckiem? 

Kiedy chodzę do pracy i dostanę anginy, to ląduję na L4. 
Ale ja nie chodzę do pracy, bo pracę mam w domu. 24/7. Mój mały pracodawca nie rozumie jeszcze, że mama jest chora. Zwłaszcza, że sam zdrów jak ryba. Nie dostanę zwolnienia od bycia mamą. Nie dostanę dnia wolnego, żeby się wykurować. Kiedy byłam w ciąży, w ogóle nie myślałam o takich sytuacjach. Niestety, dość szybko musiałam się przekonać, że mają one miejsce i od czasu do czasu w tej chorobowej wyliczance pada na mnie. 

Co można zrobić w takiej sytuacji? Jak ja sobie z tym radzę? 

Po pierwsze, nie panikować. Panika udziela się dziecku i zamiast jednej osoby chorej, mamy dodatkowo dwie osoby na skraju histerii. 

Po drugie, spać ile i kiedy można. Franek śpi w ciągu dnia, więc idę spać razem z nim. Mąż wraca z pracy, więc idę spać zaraz po kolacji. Mąż rano wstaje - oporządzi przy okazji malucha, a ja jeszcze śpię - w końcu sen to zdrowie. 

Po trzecie, zadbać o bezpieczną przestrzeń. Nie mówię, że na co dzień jest niebezpieczna. Ale na co dzień mam siłę kontrolować, czy moje dziecko nie topi aktualnie samochodu w sedesie albo nie bawi się w akuku z włączonym piekarnikiem. Dlatego, kiedy czuję, że rozkłada mnie wysoka gorączka, zamykam drzwi do wszystkich pomieszczeń i ładuję się z maluchem do jednego, tego w którym ja mam gdzie się położyć (na przykład sypialnia lub salon), a dziecię może się bawić. Następnie resztkami sił wynoszę wszelkie niebezpieczne tudzież tłukące się rzeczy z tego pomieszczenia (dzbanki, kubki etc.) i wnoszę wystarczająco dużo zabawek, którymi synek może się pobawić przez 2-3 godziny. Książeczki i wszelkiej maści brumbrumy królują. Nie daj Boże coś hałasującego (drewnianym klockom mówimy wtedy papa, bowiem mogą przyprawić mnie o jeszcze większy ból głowy, niestety niemetaforyczny). Potem w pozycji leżącej, z jednym okiem przymkniętym (coś a la sen), a drugim półotwartnym skierowanym na bobasa (coś a la czuwanie), wyczekuję zbawienia. To znaczy godziny 18, kiedy mój mąż wraca z pracy. 

Po czwarte, poproś o pomoc. Wiem, że nie zawsze jest to możliwe. Nie każdy ma taki komfort jak ja, że rodzice i teściowie mieszkają w tym samym mieście (u nas w tym tygodniu dyżury, kto wychodzi z Frankiem na spacer, bo chorzy rodzice mają zakaz spacerków). Ale może jest w sąsiedztwie jakaś zaprzyjaźniona "placowa" mama, która może zerknąć też na cudze dziecko. A może jakaś przyjaciółka, która w ramach wprawiania w macierzyństwo wybierze się na spacer z Twoim maluchem? Inna sprawa, że moi rodzice i teściowie pracują, więc na ich pomoc mogę ewentualnie liczyć tylko wieczorami i w weekendy. Dlatego... 

...po piąte, spróbuj znaleźć ciekawe zabawy dla Ciebie i malucha, w których możesz uczestniczyć na leżąco. U nas królują książeczki. Franek ma obecnie fazę na Ulicę Czereśniową, więc leżymy obłożeni pięcioma tomami i po kolei wszystkie oglądamy. Na szczęście moja angina nie jest już w fazie "nie mogę mówić", więc daję radę nazywać te wszystkie ciekawe rzeczy na obrazkach, które synek wskazuje palcem, mówiąc "TO!" :) 

Po szóste, korzystaj ze zdobyczy cywilizacji. Ja - ilekroć jestem chora - zamawiam zakupy przez Internet z dostawą do domu. W dzisiejszych czasach to nie jest problem (choć oczywiście piszę to z mojej, warszawskiej perspektywy, nie wiem, jak to jest gdzieś indziej, ale przypuszczam, że da się coś wykombinować). Warto też być zapobiegawczym i mieć w zamrażarce przynajmniej 2-3 porcje obiadowe (ja mam zawsze jakąś rybę i kotlety plus mrożone warzywka), żeby nie umrzeć z głodu, czekając na kuriera. 


Jeśli macie jakieś genialne patenty, to się podzielcie. Przy mojej skłonności do rotawirusów mogę być pewna, że jeszcze niejedna taka sytuacja przede mną. 


niedziela, 28 czerwca 2015

Moich 10 sposobów na radosne macierzyństwo

Czytam te internety i co jakiś czas trafiam na wpisy o tym, jak ciężko jest być matką. Ba! Rozmawiam z koleżankami i wnioski z tych rozmów podobne. Oczywiście - każdy rodzic jest inny. Każde dziecko jest inne. A przede wszystkim każda relacja rodzic-dziecko jest inna. Dlatego mój tekst nie ma być w założeniu zbiorem rad, jak być zadowolonym z siebie rodzicem. To po prostu lista rzeczy (czy może raczej postaw), które pomagają mi w byciu matką. Tak, tak. Bo jestem naprawdę zadowolona z bycia mamą :)


1. Brak przywiązania do nadmiernego porządku w domu

Nie pochwalam syfu. Zresztą, źle się w nim czuję. Ale naprawdę pewien zdrowy dystans emocjonalny do bałaganu jest po prostu niezbędny, kiedy w domu mieszka mały człowiek. Polecam. Zarówno dystans, jak i małego człowieka. 


2. Żelazko? A co to takiego? 

Jako osoba na wskroś leniwa i nieznosząca marnowania czasu na sprawy, których nienawidzę, już dawno stwierdziłam, że prasowanie jest czynnością pozbawioną (zasadniczo) sensu. Nie dość, że nigdy nie zdarzyło mi się wyprasować czegokolwiek idealnie, to średnio 5 minut po założeniu ubrania, trudno było stwierdzić, czy było ono wyprasowane, czy nie. Uznałam więc, że nie warto się męczyć dla pięciominutowego efektu doskonałej bluzki. Od lat stosuję zasadę odpowiedniego wieszania mokrych ubrań, dzięki czemu żelazka używam tylko w stosunku do baaardzo wymagających ubrań. 
Jak można się domyślić, nie prasuję też ubranek niemowlęcych. To znaczy wyprasowałam je raz. Wyprawkę szpitalną, kiedy pierworodny tkwił jeszcze w brzuchu. Potem nie miałam już na to ani czasu, ani ochoty. 
Wiem, że niektórzy potępiają w czambuł matki nieprasujące. Takie osoby zapewne cierpią na nadmiar wolnego czasu, więc zapraszam je do mnie. Jeśli chcecie się wyżyć, to mój mąż ma całe mnóstwo koszul. Nie pogardzimy Waszą pomocą. 


3. Czyste ubranka? Mission impossible 

Znacie ten dowcip? 
Przy pierwszym dziecku matka przebierała je, widząc nawet najmniejszą plamkę. 
Przy drugim - dopiero kiedy plam było zbyt wiele, żeby dostrzec oryginalny wzór na ubraniu. 
Przy trzecim - kiedy mieli przyjść goście. 

Może nie jestem aż tak dalece wyluzowana, ale bliska jest mi idea niemęczenie siebie ani dziecka przebieraniem z powodu byle plamki.


4. Zasada decorum, czyli zachowania odpowiedniej proporcji zabawek do przestrzeni

Klucz do ogarnięcia chaosu to dobre rozplanowanie przestrzeni. Ja trzymam się kilku prostych zasad. Są dwie półki na książki Frankowe. Jest jedna półka na książki o tematyce dzieciowej. Są dwie półki na pieluszki. Mam zakodowany układ tych półek, więc w nocy, o północy (jak mawiał mój pan od WOS-u), mogę nawet po ciemku odłożyć rzeczy na właściwe miejsce. 
System pudełek też ułatwia życie. Pudełko na zabawki w dużym pokoju, pudełko na zabawki nieużywane, pudełko na przybory plastyczne...
I wreszcie rzecz najważniejsze: Franek ma sporo zabawek, ale nie wszystkie są w zasięgu jego ręki. Część leży na półkach, a część jest na ziemi. Jeśli Franek chce którąś z "górnych" zabawek (a staje się coraz bardziej decyzyjnym chłopcem), to po prostu odkładamy jedną z tych zabawek, która mu się już znudziła, i dopiero wtedy sięgamy po nową. Robota z tym żadna, a chaos dzięki temu - okiełznany. 


5. Zabawki, które wydają dźwięki, to złe zabawki

Bardzo cenię naszą rodzinę za to, że szanują nasze decyzje związane z rodzicielstwem. Na przykład pytają, jaki prezent kupić Franciszkowi. Uchroniło nas to przed zalewem "zabawek made in China". Grające ustrojstwa nie są przez nas tolerowane z kilku przyczyn: 
a) są brzydkie, 
b) 90% wydaje kakofoniczne dźwięki,  
c) w większości nagrane wypowiedzi mają jakieś wyjechane w kosmos sposoby akcentowania (kiepski pomysł w przypadku dziecka, które dopiero uczy się mówić), 
d) doprowadzają rodziców do szewskiej pasji. 
Dlatego właśnie zabawki grające możemy policzyć na palcach jednej ręki.
I bardzo nam z tym dobrze.


6. Nie chcesz, to nie 

Nie uszczęśliwiajmy się na siłę. Dziecko jest rozmarudzone? Może lepiej odpuścić dziś sobie zakupy i zamówić je przez Internet? W kwestii jedzenia stosowana przez nas metoda BLW jest źródłem luzu i chilloutu. Żyć, nie umierać. Staram się regularnie z Frankiem rysować, ale naprawdę świat się nie zawali, jeśli sobie to odpuścimy, bo któreś z nas nie ma na to zwyczajnie ochoty. 
Innymi słowy - luz, blues i palemki. 


7. Mój mąż to także ojciec mojego dziecka 

Nasza ulubiona sąsiadka ilekroć widzi mnie wychodzącą samą z domu, pyta: 
-A gdzie Franciszek? 
-W domu, z tatą - odpowiadam zgodnie z prawdą. 
-Z tatą? Sam? - niezmiennie, od wielu miesięcy sąsiadka przeżywa szok. 

Ja rozumiem, że Michał młodego piersią nie nakarmi, ale naprawdę - całą resztę ogarnie. Zresztą nie chodzi tylko o to, żebym ja gdzieś wyszła spokojna o to, że potrzeby Franka zostaną zaspokojone. Lubię czasem wyjść z domu i zostawić moich facetów, bo jest to świetna okazja do budowania relacji ojciec-syn. Trąbimy wszem, wobec o kryzysie ojcostwa, a czy dajemy okazję naszym mężom, żeby tę relację rozwijali? Naprawdę, warto zaufać w tej sprawie. Dla dobra całej rodziny. 


8. Mój mąż to przede wszystkim mój mąż 

Relacje małżonków po pojawieniu się na świecie potomka to temat rzeka. Chciałabym go jakoś kiedyś rozwinąć, więc teraz tylko zasygnalizuję kilka spraw. Przede wszystkim mój mąż jest moim mężem. A ja jego żoną. Dlatego trzeba czasem się spiąć, poprosić o pomoc babcię/teściową/koleżankę/siostrę/szwagra i ruszyć w świat jak za dawnych czasów. My praktykujemy randki małżeńskie i zachęcam do tego wszystkich rodziców. Dajcie sobie czas (raz na miesiąc, a jak możecie, to nawet częściej) na wspólne wyjście tylko we dwoje. I naprawdę - spróbujcie znaleźć inne tematy do rozmowy niż dzieci, dzieci i jeszcze raz dzieci. 


9. Jak miło jest popracować (zawodowo)! 

Nie jestem na etacie, ale korzystam z uroków wolnego zawodu i od czasu do czasu pracuję nad jakimś zleceniem. Płynie z tego wiele korzyści, z finansową na czele (naprawdę dobrze jest mieć własne pieniądze). Najważniejsze jest jednak to, że nie wypada się z rynku, rozwija się swoje kompetencje zawodowe i można się (pozytywnie) zmęczyć. Jak się człowiek napoci nad korektą, to potem z przyjemnością odpocznie, budując wieże z klocków ("Klocki robią łubu-du"). 


10. Małe przyjemności <3 

Kawa z koleżanką. Pyszne lody. Ekstra obiad. Dobra książka. Świetny film. Wciągający serial. Nowa bluzka. COKOLWIEK. Róbcie, drogie Matki, coś dla siebie. Bo zwariujecie. Z pustego i Salomon nie naleje - znacie to? Nie możecie wciąż z siebie dawać. Czasem trzeba zrobić coś dla siebie. Naładować akumulatory. Naprawdę, proszę, zadbajcie o siebie. 

środa, 20 maja 2015

kult czapki

Maj w rozkwicie. Pierwsze prawdziwie upalne dni w tym roku. Fanką skwaru nie jestem, więc na wyprawę do parku odpowiednio nas wyposażyłam: przewiewne, lekkie, bawełniane ubrania, kapelusz od słońca (Franek), okulary przeciwsłoneczne (ja) i oczywiście woda, co by się człowiek nie odwodnił. 

Coś nas podkusiło, żeby do parku podjechać autobusem. Niestety z powodu objazdów (#kochamremonty) utknęliśmy na 40 minut w strasznym korku. Klima oczywiście nie działała, wszystkie okna zamknięte, dzieć w płacz, a ja myślałam tylko o tym, czemu nie mam wachlarza. Albo takiego fajnego babcinego miniwiatraczka. No nic. Nie takie rzeczy człowiek przeżył. Lato idzie, będzie gorzej. Wtem, słyszę za plecami urywek rozmowy telefonicznej "kochana, no masakra jakaś, upał nie z tej ziemi, 25 stopni w cieniu, zaraz się ugotuję". 

Nie mogłam się powstrzymać i postanowiłam poszukać wzrokiem towarzyszkę niedoli. I tu przeżyłam zdziwienie. Otóż pełen upalnego udręczenia głos należał do pani w pikowanej ocieplanej kurtce. Z ortalionu. Kurtkę miała zapiętą pod samiuśką szyję. 

No ludzie kochani! Przecież od samego patrzenia robi się gorąco i bynajmniej nie mam na myśli poziomu atrakcyjności tej pani. Zresztą, kto wie? Może nie miała nic pod spodem i dlatego nie mogła się rozpiąć? Albo upaćkała się ketchupem i wolała powoli się gotować niż ukazać światu plamę? A może brała udział w eksperymencie "Nie zdejmuję kurtki przez miesiąc"? Nie wiem. Nie moja sprawa. 

Historyjka z autobusu to tylko pretekst, żeby napisać coś o typowo polskim zjawisku. 

KULT CZAPECZKI. 

Rozejrzyjcie się, któregoś pięknego słonecznego dnia, dokoła. Dzieci poubierane jak na Syberię. Czapki (nie mówię tu o takich z daszkiem, chroniących głowę przed słońcem), polary, grube skarpety, swetry, koce... Oczywiście, rodzice się nie przegrzewają. Co to, to nie. Krótki rękawek, szorty, spódnica. O co więc chodzi? Jeśli człowiek zarejestrował, że jest ciepło (a chyba zarejestrował, skoro jest ubrany lekko), to czemu funduje swojemu dziecku saunę? 

Czemu? 
ŻEBY SIĘ NIE PRZEZIĘBIŁO 

No jasne, jeśli dzieci od maleńkości są przegrzewane, to nic dziwnego, że potem byle wiatr zawieje, a już są chore. Dlatego warto od początku rozważnie ubierać dziecko. Wyznacznikiem powinien być karczek - ciepły, ale nie zgrzany. 

Mnie z kultu czapeczki uzdrowiła (na szczęście jeszcze przed narodzinami Franka) rozmowa ze znajomą, która wyprowadziła się do Holandii. Znam ten kraj, byłam tam i zimą, i latem. Klimat jest dużo mniej przyjazny niż w Polsce. Dlatego naprawdę do myślenia dały mi słowa koleżanki: tam nikt nie każe dzieciom chodzić w czapkach! Nawet noworodki mają gołe główki. 
No to skoro oni tak postępują i żyją, to może jednak w Polsce przesadzamy? 

Cieszę się, że od początku hartowałam Franka, oczywiście - w granicach zdrowego rozsądku. Gorący i zdrowy z niego chłopak :)


Na koniec wspomnienie z niedawnego spaceru. 
Upał. Dziecko w nosidełku. Z gołą głową. Podchodzi do mnie obca kobieta i konfidencjonalnym szeptem mówi
- Proszę pani, powinna pani dziecku założyć czapkę. Dziecko nie powinno mieć gołej głowy. 
- Dziękuję za troskę - odpowiadam z uśmiechem. - Wiem, że w Polsce mamy kult czapeczki, ale proszę mi wierzyć, na świecie nawet w ostrzejszych klimatach nie przegrzewa się tak dzieci. 
- No cóż... widzę, że wie pani lepiej. Mam nadzieję, że pani dziecko nie będzie ciężko chorować... - jej mina wskazywała, że życzy mi czegoś dokładnie przeciwnego. 

No jasne, bo zapalenie ucha mamy od wiatru, a nie od bakterii. Logiczne, nie? 

czwartek, 26 marca 2015

BLW czyli BLS

BLW, czyli BLS
Bobas lubi wybór to coraz popularniejsza metoda wprowadzania stałych posiłków u niemowląt (wszystkich zainteresowanych odsyłam do książki o tym tytule i moich pozostałych postów na ten temat, które znajdziecie tu, tu i tu).
W skrócie rzecz ujmując:
- to dziecko kieruje przejściem od mleka (maminego lub butelkowego) do samodzielnych posiłków
- rodzic decyduje, co dziecko zje
- dziecko decyduje, czy i ile zje
- odchodzimy od wciskanych na siłę papek
- wierzymy, że nasze dziecko jest naprawdę zaradne i poradzi sobie z kawałkiem jabłka, nawet jeśli nie ma jeszcze zębów.

O co chodzi z BLS? To moja przeróbka: bobas lubi szacunek.
BLW świetnie wpisuje się w nurt rodzicielstwa bliskości ze względu na szacunek i zaufanie, którymi darzymy dziecko.  Dorosłym często się wydaje, że dzieci to takie bezrozumne zwierzątka, które dopiero stają się ludźmi. Nic bardziej mylnego! Metoda blw pomaga odkryć niezwykły potencjał, który kryje się w naszym małym człowieku. Pozwala go lepiej poznać, ponieważ kładzie nacisk na jego indywidualne wybory. Okazuje się, że mały człowiek ma swoje ulubione smaki, kolory, faktury. Że upodobania kulinarne mogą zależeć od jego nastroju w danym dniu. Co więcej, przekonujemy się, że mały człowiek ma całkiem niezłą pamięć, na przykład kiedy po pierwszych zmiażdżonych na amen bananach, kolejnego chwycił już delikatniej i ze smakiem zjadł (mając 8 miesięcy!).

Nie tylko my poznajemy małego człowieka. On też dowiaduje się czegoś ważnego od swoich rodziców: że jego zdanie ma znaczenie. Jego gust, nastrój, smaki – są szanowane. To jeden z pierwszych kroków na drodze do wychowania w poczuciu własnej wartości. 

czwartek, 19 marca 2015

pieluszkowe sprawozdanie

Dzisiaj chciałabym napisać słów parę na temat wielorazówek. O tym, że rozpoczynamy naszą przygodę z pieluszkami wielorazowymi pisałam tutaj. Na wielo jesteśmy od ponad dwóch miesięcy i od tego czasu ani razu nie użyliśmy jednorazówki. Czy jesteśmy zadowoleni z tej decyzji? Które pieluszki mamy i lubimy? Jakie są wady i zalety takich pieluszek? O tym będzie ten tekst :) Miłego czytania! 

Koszty. Kwestia finansowa to z jednej strony główny motywator, a z drugiej najważniejszy demotywator. Dlaczego? Rezygnacja z pampersów oznacza sporą ulgę dla budżetu domowego. Wiele osób właśnie z tego powodu przechodzi na wielo. Niestety, wymaga to sporego wkładu własnego. Innymi słowy - chcesz zaoszczędzić 3 tysiące? Musisz najpierw wydać 1,5 tysiąca. Za jednym zamachem. I to po prostu zniechęca. Nie mamy przecież gwarancji, że pieluszki wielorazowe nam się spodobają. I co wtedy? Niby można odsprzedać używki - w ten sposób odzyska się część pieniędzy. Ale i tak będziemy stratni. W pełni rozumiem te wątpliwości - z tego samego powodu wstrzymywałam się z decyzją o ich kupnie przez ładnych parę miesięcy. 

Dlatego właśnie warto poszukać innych argumentów za. Pisałam o nich w jednym z pierwszych tekstów (linkowanym wyżej), ale nie zaszkodzi w skrócie przypomnieć, że do zalet wielorazówek należy nie tylko oszczędność, ale także dbanie o środowisko naturalne i zdrowie. Dla mnie dopiero uświadomienie sobie wszystkich plusów było dostatecznym bodźcem do zrobienia poważnych pieluszkowych zakupów. 

No właśnie. Zakupy. 
Nie powiem, jakie pieluszki radzę Wam kupić. Powiem Wam po prostu, jakie pieluszki my mamy. I czy jesteśmy z nich zadowoleni. 

Poniżej mały słowniczek. Kwestia nazewnictwa dość długo i niezwykle skutecznie odstraszała mnie od zagłębienia się w ten temat. 
Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że pieluszki nie składają się z tylko jednej części. Wyposażeni w tę podstawową informację, możemy przyswoić sobie parę fachowych terminów :) 

1. OTULACZ - wierzchnia pieluszka. Może być zapinana na rzepy albo na napy. Otulacz jest wykonany ze specjalnego materiału (PUL), który przepuszcza powietrze, ale nie przepuszcza wilgoci. 




2. KIESZONKA - trochę jak otulacz (wykonana z tych samych materiałów), na zewnątrz wygląda tak samo. Różni się warstwą wewnętrzną. Od środka ma doszyty kawałek materiału (np. polarek albo mikrofibrę).

 moje ulubione kieszonki Milovii - kocham te wzory <3

 z lewej strony polar, a z prawej mikrofibra

wkład wkładamy do środka :)


3. WKŁAD - jak sama nazwa wskazuje, gdzieś go wkładamy. Gdzie? Do otulacza lub do kieszonki. W otulaczu wkład dotyka bezpośrednio do skóry, a w kieszonce wkład jest wsunięty między PUL a wewnętrzny materiał. 

 zwykły wkład po lewej, z coolmaxem po prawej

 podwójny wkład na noc, obie części sczepia się napami, 
dzięki temu są bardziej stabilne 

podwójny wkład z oddychającej bawełny

dodatkowy wkład, tzw. "sucha pielucha"

4. FORMOWANKA - pieluszka, która wygląda jak otulacz, ale nie jest zrobiona z PUL-a. Może więc służyć jako wkład (polecam na noc), na który wkładamy otulacz. 




5. PIELUSZKA TETROWA - składamy ją kilka razy, żeby zmieściła się do otulacza i mamy wkład. 

6. PREFOLD - od razu złożona (i zszyta) pieluszka - oszczędza czas przy przewijaniu, bo nie trzeba jej składać tak jak zwykłej tetry. 

 prefold w całej okazałości 

tak złożony prefold wędruje do otulacza

7. AIO - pieluszka typu all-in-one, czyli otulacz z doszytymi lub doczepionymi wkładami. Długo schnie, ale skraca czas przewijania. 





Nie powiem, która z powyższych opcji jest najlepsza - ilu rodziców, ile dzieci i ile sytuacji - tyle opinii na temat pieluszek. 

My na co dzień używamy otulaczy z wkładami, formowankami, pieluszkami i prefoldami bambusowymi lub bawełnianymi. Ich ogromną zaletą jest to, że nie podrażniają pupy dziecka, są najbardziej naturalne i oddychające. Niestety, trzeba je super często zmieniać, ponieważ są mało chłonne. 
Dlatego na wyjścia (albo kiedy ktoś ma opiekować się Frankiem i chcemy oszczędzić kłopotu) używamy kieszonek lub AIO. Są one gotowe do użycia i nie trzeba bawić się w zakładanie różnych warstw wierzgającemu dziecku. Kieszonki trzeba uprzednio przygotować (czyli włożyć do środka wkład). W przypadku AIO i kieszonek przewinięcie zajmuje dokładnie tyle samo czasu, co przy jednorazówkach. Otulacze wymagają dodatkowych pięciu sekund, żeby włożyć wkład. Strasznie dużo czasu, co nie? :P 

Wspomniałam o kwocie 1,5 tysiąca. Oczywiście można wydać mniej lub więcej. Można kupić używane pieluszki. My mamy nówki sztuki, które starczają nam na ponad dwa dni. Co dwa dni robię pranie. Dorzucam do niego ubranka, ręczniki itp. Piorę w 60 st, ale znam wiele osób które ustawiają 30 lub 40 st. Do prania dodaję łyżkę specjalnego proszku odkażającego (Nappy Fresh). Do płukania daję 3 krople olejku lawendowego (nadaje piękny zapach, a przy tym działa odkażająco). Pieluszki schną bardzo szybko (PUL i zwykłe wkłady w kilka godzin) lub trochę dłużej (wszystko, co nie jest PUL-em, polarem lub mikrofibrą). 

Nasz zestaw składa się z: 
5 kieszonek Milovii, w tym trzech z polarem i dwóch z mikrofibrą, 
4 otulaczy Milovii, 
1 otulacza Grovia SIO (mój ulubiony)*, 
2 AIO Grovia (średnio lubimy), 
1 AIO Imse Vimse (bardzo lubimy, bo może też pełnić funkcję otulacza). 

Ponadto mamy: 
2 wkłady Milovii rozmiar S
4 wkłady Milovii rozmiar M
2 wkłady Milovii rozmiar L 
2 wkłady Milovii z coolmaxem rozmiar M 
2 wkłady Milovii z mikropolarem rozmiar L 
1 wkład bambusowy frotkowy ECOpi 
2 podwójne wkłady na noc bawełniano-bambusowe AIO OS Imse Vimse (bardzo lubimy)
3 prefoldy Grovii (uwielbiamy)
2 formowanki bawełniane ECOpi (bardzo lubimy)
2 formowanki bambusowe ECOpi 
2 wkładki "sucha pielucha" Milovii (dodatkowa warstwa, która gwarantuje uczucie suchości, ale rzadko używamy, bo polar podrażnia wrażliwą skórę). 

Otulaczy nie musimy zmieniać za każdym razem, bo czasem wystarczy wymienić wkład, dlatego nie potrzeba ich tak wielu. Na większe wyjścia lub na noc warto użyć więcej niż jednej wkładki - w ten sposób zwiększa się chłonność. 

Uh. 
Mam nadzieję, że Was nie zamęczyłam. :) 
Na pewno jeszcze kiedyś napiszę coś o wielorazówkach. Na razie powiem tylko tyle: żałuję, że nie zdecydowaliśmy się na nie kilka miesięcy wcześniej. 




* Mój ulubiony otulacz wygląda tak: 


W środku ma taką fajną, miłą w dotyku siateczkę, więc nie ma problemu, nawet jeśli wkład się przesunie :) 


poniedziałek, 16 marca 2015

gąsienica, bibliomania i nosidło

Cześć i czołem! 
Tydzień milczenia wynikał z prozaicznej przyczyny - mój organizm źle znosi marcowe pogody (jak co roku). Tym razem aura obdarowała mnie tygodniową migreną, więc odpuściłam sobie tyle, ile mogłam i swoje funkcje życiowe ograniczyłam do minimum. Ale wczoraj był pierwszy od tygodnia dzień bez bólu głowy, więc teraz już bez wymówek - wracam do pisania. 

A trzeba przyznać, że jest o czym pisać. Mam już gotowy tekst o BLW, ale czeka na lepsze czasy, bo nie chcę nikogo przytłoczyć tą tematyką. Wrzucam na jedzeniowy luz, ale nie do końca, ponieważ kupiłam dzisiaj książkę o...jedzeniu! Być może znacie pana Erica Carle'a? Ja jestem jego fanką od momentu, gdy pierwszy raz zobaczyłam na żywo "Moją pierwszą książkę o kolorach". Jest to jedna z najładniej wydanych książek dla dzieci, jakie kiedykolwiek widziałam. Wygląda tak, jakby przed chwilą ktoś pomalował ją farbami. Zdjęcia tego nie oddadzą, ale macie małą próbkę: 



Na półce czeka "Moja pierwsza książka o liczbach", ale to dopiero za jakiś czas. Dziś zaopatrzyłam nas w "Bardzo głodną gąsienicę". Oto jak się prezentuje: 





Prawda, że urocza? 
Nie mogłam się jej oprzeć, ale co poradzę na to, że byłam dziś w bibliotece oddać "Bezcennego" (o mojej wyprawie po niego pisałam tutaj)? Czy to moja wina, że jeden z moich ulubionych sklepów z zabawkami jest po drodze? Sami przyznacie, że nie miałam wyjścia... 


I cały zestaw, o którego istnieniu niniejszym informuję mojego męża. Pozdro, Skarbie :*

Oczywiście wyprawa odbyła się w nosidle. Jak zwykle wzbudziliśmy niemałą sensację na Żoliborzu i Bielanach. Z radością jednak stwierdzam, że w przeważającej większości - sensację pozytywną. Jedna pani tylko z niezadowoleniem cmokała na nas, przekonując mnie, że robię dziecku krzywdę. Ale cóż to jest wobec tylu miłych uśmiechów? :) 
Dzieć w nosidle usnął. Po powrocie do domu wyglądaliśmy tak: 



Dzieć śpi nadal, a ja korzystam i piszę ten post, a potem wracam do mojej zmory, czyli wybierania nowego fotelika do samochodu. 

piątek, 6 marca 2015

BLW - uwierz w swoje dziecko :)

W metodzie BLW ważne jest pozwolenie dziecku na samodzielność.
Dziś o tym, jak można pomóc małemu odkrywcy w poznawaniu jedzenia. A raczej - jak wprowadzanie stałych posiłków przebiegało u nas. 

Tak, jak pisałam tu: Franek usiadł samodzielnie w wieku 7 miesięcy. Miał już wtedy dwa zęby, ale zapewniam, że ich obecność nie jest dziecku do jedzenia niezbędna (wie to każda mama, którą udziabał bezzębny malec). Z radością zaczęliśmy mu serwować pierwsze posiłki. O tym, co nam w tym pomogło, przeczytacie tutaj

Początkowo dostawał obiad. Mniej więcej po miesiącu oswajania zaczął jeść z nami obiadokolacje (jedyny posiłek, który dajemy radę spożywać całą rodziną w ciągu tygodnia). Po jakimś czasie wprowadziłam śniadania, drugie śniadania i podwieczorki. W wieku 12 miesięcy otrzymywał już pięć posiłków dziennie o mniej więcej stałych godzinach. Grunt to dobre nawyki żywieniowe od małego. 

A propos dobrych nawyków żywieniowych. Propagatorzy metody BLW zapewniają, że jej stosowanie pomoże kształtować chęć do zdrowego jedzenia.

Kluczem są następujące rzeczy: wspólne jedzenie posiłków (socjalizacja dziecka), odejście od łyżeczki i słoiczków na rzecz przygotowanych przez rodzica produktów, niewmuszanie w dziecko jedzenia (żadnych samolocików i szantaży emocjonalnych pod tytułem "za mamusię, za tatusia").

Przy dziecku jest tyle obowiązków, że niejednokrotnie słyszę "śniadanie zjadłam dopiero w południe, jak dziecko poszło spać". Wyobrażam sobie, że gdybym karmiła moje dziecko, to u mnie mogłoby być podobnie. No właśnie. Gdybym karmiła. Na szczęście moje dziecko samo się karmi. Ja tylko szykuję mu jedzenie. I w ten oto przemiły sposób upływają nam poranki - na wspólnym jedzeniu śniadania :) Czyż to nie kusząca perspektywa? 

Kolejna rzecz to słoiczki. Wmówiono nam, że bez nich ani rusz. Pomijam już kwestię cen, które zwalają z nóg. Za te same (lub nawet mniejsze) pieniądze wolę kupować ekologiczną żywność i sama przygotowywać posiłki. Co więcej, posiłki dzieci i dorosłych nie muszą się od siebie różnić. Jeśli przygotuję zdrowy obiad dla całej rodziny, to po pierwsze mniej się narobię (nie wyobrażam sobie gotować osobnych obiadków dla każdego członka rodziny), a po drugie, dbając o zdrowie najmłodszej latorośli, zadbam też o zdrowie moje i męża. Nie będę teraz rozwijać tego tematu, bo post byłby baaardzo długi. O tym, co konkretnie jemy i do czego ta zdrowa kuchnia się sprowadza - niebawem. 

Dziecko ma ogromny potencjał i dobrze jest pozwolić mu go rozwinąć. Pamiętam, jak Franek pierwszy raz dostał banana. Wcześniej dostawał twardsze rzeczy, więc chwycił go odruchowo bardzo mocno i... rozgniótł tak, że nie było już co zbierać. Następnego dnia podszedł do sprawy już ostrożniej, ale wciąż niewystarczająco delikatnie. Za trzecim bądź czwartym razem poradził z nim sobie doskonale. Dla mnie to fascynujące, jak dziecko uczy się, eksperymentując. Miał wtedy 8,5 miesiąca. 

W metodzie BLW bardzo ważne jest to, żeby uwierzyć, że moje dziecko potrafi. Że jest naprawdę - na miarę swego wieku - samodzielne. Rodzice często podają dzieciom papki - bo tak robili ich rodzice i dziadkowie. Nie wyobrażają sobie, że ich dziecko mogłoby sobie poradzić z kawałkiem ogórka, mięsa albo dyni. Tymczasem zbyt długie podawanie jedzenia o rozmemłanej konsystencji może zaburzyć rozwój malucha od strony logopedycznej. Im wcześniej dziecko będzie poznawało różne faktury, tym lepiej. Ortodoksyjni wyznawcy BLW twierdzą, że nie powinno się w ogóle podawać papek. Ja wychodzę z założenia, że Arystotelesowski złoty środek to dobry pomysł i często daję Franiowi zupy kremy, które zresztą wszyscy ze smakiem zjadamy. Podaję mu je łyżeczką, ale czekam na jego inicjatywę - czy na pewno ma na to ochotę. Żadnego wpychania do buzi! Na co dzień podstawą posiłków są normalne (czyli niezmiksowane) produkty - kawałki jabłka, kromka chleba, jajko na twardo, etc. 

Cudownie jest patrzeć, jak moje dziecko je z apetytem. Do niczego nieprzymuszane. Oczywiście, zdarzają się kryzysy. Kiedy miał trzydniówkę nagle musiałam potroić produkcję mleka, bo inne jedzenie poszło w odstawkę. Przy ząbkowaniu też miewa ciężkie dni. Co wtedy robię? Nic. Dbam tylko o to, żeby się nie odwodnił. Nic się dziecku nie stanie, jak raz czy drugi nie zje obiadu. Moim zdaniem, najgorsze, co może być to wmuszanie (jak tu się potem cieszyć z jedzenia?) albo dawanie przekąsek między stałymi godzinami posiłków. Jak powiedział pewien mądry lekarz: proszę pani, żadne dziecko samo z siebie z głodu nie umrze. 
No właśnie. 


Kolejne wpisy o BLW w przyszłym tygodniu. W weekend robię wolne od blogowania. W końcu to ten czas, gdy możemy ucztować w trójkę! 
Do przeczytania w poniedziałek!

czwartek, 5 marca 2015

blw od strony gadżeciarskiej, czyli praktyczne porady, co może się przydać

Zgodnie z zapowiedzią - dziś post o tym, jak ułatwić wprowadzanie stałych posiłków. Czyli gadżety, które z czystym sumieniem mogę polecić :) (nie, to nie jest post reklamowy!) 

BLW to tak naprawdę Baby-Led Weaning, czyli pozwolenie dziecku na to, by to ono decydowało, w jakich proporcjach chce dostawać mleko i inne jedzenie. W domyśle: to dziecko decyduje o odstawieniu piersi i przejściu na wyłącznie stałe posiłki. 
Jak widać niewiele ma to wspólnego z polską wersją: Bobas lubi wybór. Skrót co prawda został zachowany, ale znaczenie jest nieco inne. W efekcie niektórzy uważają, że jeśli bobas lubi czekoladę, to należy mu ją dać. Eh, te niefortunne tłumaczenia. 

Jeśli nasze dziecko jest już gotowe na stałe posiłki (o tym, kiedy jest na to czas, pisałam tutaj), to można przystąpić do dzieła. I tu często-gęsto rodzice doznają rozczarowania, bo dziecko zachowuje się inaczej niż MYŚMY SIĘ SPODZIEWALI. Z moich obserwacji wynika, że wiele mam (bo to one zwykle wprowadzają blw, jako te, które są z dzieckiem w domu) rezygnuje z tej metody po kilku - w ich mniemaniu - nieudanych próbach. 

Trudno się dziwić. Ja też miałam spore wątpliwości, kiedy jedzenie zamiast do buzi trafiało na podłogę. Albo było wsmarowane w stół. Albo w ubranka. Albo w twarz. Albo we mnie. Ale, ale - to wszystko jest normalne. Pamiętacie, kiedy pierwszy raz piekliście ciasto? Śmiem twierdzić, że kuchnia nie wyglądała wtedy jak sterylne laboratorium. Może nawet wyszedł Wam zakalec i cała robota na nic. A pierwsza jazda na rowerze? Obstawiam, że większość zaliczała kilkukrotnie glebę (ale może jest wśród Was ktoś, kto z marszu wystartował w Tour de France?). No właśnie. Wszystkiego trzeba się nauczyć - jedzenia też. Obserwując próby mojego syna, zrozumiałam, jaka to trudna sprawa - te posiłki. Rolą rodzica jest cierpliwie towarzyszyć dziecku w tych próbach. Prędzej czy później odniesiecie sukces. Rodzic ma tylko nie przeszkadzać, dbać o bezpieczeństwo, dostarczać towar do eksperymentów jedzeniowych i oczywiście sprzątać. :D 

No dobrze. Po kolei. Jak to wszystko ogarnąć? 

1. Kupić dobre krzesełko do karmienia. My mamy takie: 

Jest bardzo fajne nie tylko dlatego, że jest ładne, drewniane i wyjątkowo stabilne. Zaletą babydan chair jest także to, że rośnie wraz z dzieckiem: 



Jest świetne i naprawdę warte swojej ceny (wierzcie mi, bywają dużo droższe krzesełka, które nawet nie umywają się do tego). W tym miejscu dziękujemy dziadkom, którzy sprezentowali ten praktyczny mebel z okazji Chrztu Świętego :) :* 
Mamy też drugie krzesełko, które stoi u moich rodziców. To popularna ikeowa antylopa. Ja jednak wolę nasze, ponieważ dziecko je bezpośrednio ze stołu, jest pełnoprawnym uczestnikiem rodzinnych posiłków. 

2. Zaopatrzyć się w matę lub coś w tym stylu, dzięki czemu podłoga nie ucierpi. Braliśmy pod uwagę podkładkę pod krzesło z ikei, ale w końcu wygrała taka urocza mata, którą można z łatwością złożyć i opłukać. Przeżyje nawet pralkę. 




3. Śliniaczki...hmmm...przetestowałam wiele firm i wiele rodzajów. Wnioski? Najlepiej rozebrać delikwenta do pieluszki i po posiłku otrzepać z okruchów, a potem wpakować do wanny. Spora oszczędność ubrankowa. Śliniaczków używamy poza domem. 

4. Jeśli macie krzesełko dosuwane do stołu, to warto pomyśleć o jakiejś podkładce pod jedzenie. Jakiejkolwiek. Byle była zmywalna. Nam przydają się też klamerki do obrusu, którymi przyczepiamy podkładkę. 

Na dobry początek to wystarczy. Po jakimś czasie przyda się jeszcze:  

5. Kubeczek treningowy - w naszym przypadku polecany między innymi przez logopedów - doidy cup (żadnych niekapków, o butelce nie wspomnę). 


6. Miseczka. My mamy z gumową przyssawką, dzięki czemu zawartość nie ląduje od razu poza naczyniem. Zaznaczam - od razu, bo mój sprytny synek prędzej czy później ją odczepia. 

7. Pierwsze sztućce. Mamy zestaw z łyżeczką i widelczykiem, ale na razie w użyciu jest tylko łyżka. Od niedawna Franek zaczyna kombinować, jak by jej tu użyć. Próby na razie kończą się niepowodzeniem i ostatecznie wyjada wszystko łapkami. Ale ewidentnie kombinuje! A do niedawna łyżeczka była tylko zabawką, którą albo dzierżył w dłoni, albo którą walił w stół :D 


No dobra. Od wczoraj wiemy już, kiedy. Od dziś wiemy już, za pomocą czego. A od jutra będziemy wiedzieć, jak. Zapraszam na kolejny wpis o blw. Będzie też notka o tym, co możemy zaproponować przyszłemu smakoszowi (lub - jak w naszym przypadku - żarłokowi). 


środa, 4 marca 2015

stałe posiłki - czas start!

Jeszcze zanim urodziłam Franka, buszowałam w Internecie, chłonąc wszelkie dzieciowe treści. W ten sposób dowiedziałam się o metodzie zwanej BLW. Początkowo nie byłam do niej przekonana. Wydawało mi się, że model słoiczkowo-łyżkowo-papkowy jest święty i byłam zdziwiona, że ktoś go zakwestionował. 

Na szczęście po porodzie trafiłam na świetne dziewczyny - również młode mamy. One - podobnie jak ja - spały ze swoimi dziećmi, karmiły piersią i były "bliskościowe". I wtedy powrócił temat BLW. Zaczęłam go zgłębiać, a jednocześnie mogłam słuchać, jak ta metoda działa w praktyce u dzieci moich znajomych. W końcu zamówiłam książkę "Bobas lubi wybór", przeczytałam ją i już wiedziałam, że nie wyobrażam sobie innego wprowadzania stałych posiłków. 

A na czym polega wprowadzanie stałych posiłków metodą BLW? 

1. Czekamy z pierwszym stałym posiłkiem, aż dziecko będzie na to gotowe! Chodzi o to, żeby patrzeć na swojego szkraba i jego rozwój, a nie na tabelki, co kto kiedy powinien. 

2. Dolna granica czasowa to skończonych 6 miesięcy. To bardzo ważne, ponieważ zgodnie z zaleceniami WHO dzieci powinny być karmione WYŁĄCZNIE mlekiem mamy do 6 m.ż. Wiąże się to przede wszystkim z niedojrzałością układu trawiennego u maluchów. Jeśli więc zobaczycie w supermarkecie słoiczek firmy G. z napisem od 4 m.ż., to wiedzcie, że producentowi nie zależy na zdrowiu dzieci, tylko na tym, żeby jak najszybciej wcisnąć swój produkt rodzicom. 

3. Wprowadzanie stałych posiłków nie może być na siłę. Trzeba obserwować, czy dziecko potrafi już włożyć rączkę do buzi i czy przygląda się z zaciekawieniem jedzącym członkom rodziny (niektóre dzieci aż kwiczą na ten widok :) 

4. BLW zakłada, że dziecko musi być gotowe do tego, żeby jeść w bezpiecznej pozycji. A co to znaczy? To znaczy, że dziecko powinno już samo stabilnie siedzieć. Porównajcie komfort spożywania posiłków na siedząco, półleżąco i leżąco. Ten punkt jest chyba najtrudniejszy, bo każde dziecko rozwija się we własnym tempie. A to oznacza, że u niektórych dzieci oczekiwanie na stałe posiłki wydłuży się nawet o kilka miesięcy (spokojnie, mleko mamy im wystarczy). Nasz syn usiadł sam pod koniec 7 miesiąca. Oczywiście, każdy przypadek trzeba rozpatrywać osobno. Część mam, których pociechy długo nie umiały same siedzieć, pomaga, biorąc dziecko na kolana podczas posiłku. 

Wiemy już, kiedy wprowadzać BLW. Teraz należałoby napisać, jak stosować tę metodę. Ale o tym w następnej notce :) 
Dobrego dnia! 

wtorek, 17 lutego 2015

Zacofanie, czyli pieluszki wielorazowe.

Piszę ten tekst, czekając na kuriera. Lada moment ma przybyć z paczką pełną pięknych pieluszek wielorazowych. Nie mam bladego pojęcia, co będę myślała o wielopieluchowaniu za tydzień, miesiąc i za rok. Na razie wiem tylko, że jaram się wzorami i nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła obejrzeć na żywo te cudeńka.
Oczekiwanie umilę sobie, pisząc o przyczynach, dla których zdecydowaliśmy się na te szalone zakupy. Być może po miesiącu używania, stwierdzę, że to był jednak zbyt dziki pomysł i wtedy lektura tego tekstu wyjaśni mi, co mną kierowało w chwilach zakupowej niepoczytalności :D
Pieluszki wielorazowe kojarzą się z tetrami, których używali nasi rodzice. Cóż… dzieci od zawsze trzeba było jakoś pieluchować i przypuszczam, że traktowano to jako zwyczajny, choć zapewne nużący obowiązek. Ale przełom, jakim było pojawienie się na rynku pieluszek jednorazowych, sprawił, że w bardzo krótkim czasie, tetry stały się symbolem ponurych lat sprzed cywilizacji, zacofaniem na miarę średniowiecza i ogólnie – złem. Właściwie to trudno się dziwić. Pieluchę materiałową trzeba założyć (dla jasności dodam – dziecku), potem zdjąć, potem uprać, potem wysuszyć, potem założyć… A pampka wystarczy założyć, zdjąć i wyrzucić. Zdecydowanie mniej roboty i mniej babrania się w… no sami wiecie w czym :P (o eufemizmach w pisaniu o pieluszkach przeczytacie niebawem)
No ale jak to z wynalazkami często bywa, po jakimś czasie przestajemy je postrzegać z hurraoptymistycznym entuzjazmem, a zaczynamy dostrzegać ich wady.
Dlaczego zdecydowaliśmy się na wielorazówki? Poniżej możecie przeczytać o naszych motywacjach.

KRYTERIUM EKONOMICZNE jest niebagatelne. Koszt wyprawki wielorazówkowej jest przerażający, ale okazuje się kroplą w morzu wydatków, gdy porównamy je do jednorazówek. Konkrety? Na nasz zestaw składający się z 6 pieluszek i 13 wkładów wydaliśmy w przybliżeniu 650 zł. Pewnie (o ile wkręcimy się w ten klimat) nasza kolekcja będzie się stopniowo powiększać, ale w założeniu taki pakiet startowy przy częstym praniu powinien wystarczyć. Do tej pory kupowaliśmy najtańsze jednorazówki, a i tak wyszło nam, że 650 zł wydajemy średnio w 4 miesiące. Powiem szczerze – aż mnie zatkało. Nie zdawałam sobie sprawy, że to aż tak poważna kwota.

KRYTERIUM ZDROWOTNE - wskazuje jednoznacznie – pieluszki jednorazowe są tak napakowane chemią, że po prostu nie mają prawa być zdrowe. Lektura paru artykułów na ten temat przyprawiła mnie o zawroty głowy. Tak naprawdę nikt nie wie, jaki wpływ na kondycję przyszłych pokoleń będzie miało powszechne stosowanie jednorazówek. Zwłaszcza bulwersujące są opinie niektórych naukowców, że używanie pamków przez chłopców może w przyszłości powodować problemy z płodnością. Słowo daję, nie chciałabym, żeby moja synowa miała kiedyś do mnie żal, bo nie chciało mi się prać pieluch własnego dziecka. 

KRYTERIUM EKOLOGICZNE – dla wielu najmniej istotne, a jednak warto wiedzieć, że jednorazówki rozkładają się nawet 500 lat, a biorąc pod uwagę, że jedno dziecko zużywa ich średnio 820 kg (dane za: http://ekodzieciak.pl/Obalamy-mity-pieluszki-do-prania,061.html ), okazuje się, że jesteśmy odpowiedzialni za niezły kawałek śmierdzącego wysypiska. Z książki Ekorodzice. Poradnik zielonych rodziców dowiedziałam się też ciekawej rzeczy: otóż grubsze nieczystości (wiecie, o czym mówię, no nie?) powinny trafiać do toalety, a stamtąd do kanalizacji, a nie na wysypisko śmieci, gdzie stanowią zagrożenie biologiczne. Tymczasem nie znam nikogo, kto tak robi. Przecież używamy jednorazówek, więc w ich cenie chcemy mieć też wygodę… Po przeczytaniu tej informacji doszłam do wniosku, że czas się przestawić na wielorazówki, bo skoro i tak powinnam czyścić pieluchy, to naprawdę wolę to robić w tańszej i zdrowszej wersji.

I oczywiście ładniejszej. Bo jest jeszcze KRYTERIUM ESTETYCZNE. Wystarczy rzut oka na ofertę sklepów z pieluszkami wielorazowymi, by zachwycić się tymi wzorami, kolorami, nadrukami… 




PS

Jako dziecko z przełomu epok nie załapałam się na pampersy… Co prawda moja matka chrzestna w prezencie z okazji włączenia do Kościoła podarowała mi 3 (słownie: trzy) pampersy sprowadzane na tę okazję ze stanów bądź upolowane w pewexie, ale nie zostały one nigdy użyte, ponieważ zdaniem mojej mamy żadna okazja nie była ich godna. W efekcie ja z nich wyrosłam i potem ubierałam w nie moje lalki... I pomyśleć, że raptem 5 lat później moja siostra – dziecię kapitalizmu – miała już pampersów pod dostatkiem ;) A ja nadal ubierałam moje lale w prezent z chrztu…

PPS

Uczciwie muszę dodać, że ten tekst popełniłam w styczniu, kiedy w mojej głowie zaczęła kiełkować szalona myśl o blogowaniu. Dlatego lada dzień możecie się spodziewać postu podsumowującego nasze dotychczasowe radosne zmagania z wielorazówkami :)