Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Sobie śpiewam, a co z muzą? /taki suchy żarcik polonistyczny/

Noworoczne postanowienia to nudy na pudy. 
Dlatego nie będzie żadnych postanowień w stylu "w nowym roku więcej notek". Nie. Jak się uda, to fajnie. Jak nie - to szkoda, ale trudno. 
Dawno nie pisałam, z powodów wielorakich. Intensywność życia rodzinnego wkroczyła u nas w ostatnich miesiącach na prawdziwe wyżyny. Dla zdrowia psychicznego (i fizycznego) trzeba było zrezygnować z niektórych aktywności. 
Tyle tłumaczenia :P 

Dziś post muzyczny. 

Na muzyce jakoś szczególnie się nie znam. To znaczy lubię. Słucham. Kiedyś chodziłam na koncerty (jakoś tak w gimnazjum i liceum miałam sporą fazę na takie rozrywki, potem mi przeszło). Kolekcja moich płyt była (śmiały to być może sąd) imponująca. Niestety na okoliczność przeprowadzki znakomita większość zaginęła. Jak by tego było mało, trafił mnie się mąż umiejący co prawda śpiewać i grywać na gitarze (acz niechętnie, trzeba go bardzo prosić), ale niepałający sympatią do słuchania muzyki non-stop. No i jakoś tak mi się od tego męża udzieliło. Niestety - nie w kwestii śpiewania i grania, tylko tego niesłuchania. A raczej - dość rzadkiego słuchania. 

Oczywiście, oczywiście - śpieszę uspokoić wszystkich znawców idealnego rodzicielstwa. W CIĄŻY SŁUCHAŁAM MOZARTA. Co prawda tylko od czasu do czasu. Bo jednak wolę Czajkowskiego. Ale chyba też ujdzie? 

Od roku z mniejszą lub większą regularnością chodzę z Frankiem na zajęcia umuzykalniające. Coraz popularniejsze Gordonki. O metodzie szczegółowo rozpisywać się nie będę. W skrócie rzecz ma się tak: 
  • Zajęcia są dla dzieci od 6 miesiąca życia - mnie to właśnie skusiło, bo w okolicy nie było innej oferty dla najmniejszych maluchów.  
  • Na zajęcia dzieci przychodzą z rodzicem lub innym opiekunem - jest więc bezpiecznie. I nie chodzi mi o zaufanie do personelu, tylko o poczucie bezpieczeństwa dziecka, dla którego wystarczającym szokiem musi być pani prowadząca i inne (obce) dzieci. Oczywiście, z czasem dziecię się przyzwyczaja, ba! nawet ośmiela :) 
  • Na zajęciach dzieci NIC NIE MUSZĄ. Czyli nie klaszczemy dziecięcymi łapkami. Nie wciskamy na siłę grzechotek. Nie zmuszamy ich do śpiewania gamy. Hmmm... No dobra - ktoś zapyta - to co wy w ogóle robicie na tych zajęciach? I tu przechodzimy do sedna. Sedno zapewne zniechęci wielu rodziców (na przykład mojego męża, który po jednych zajęciach powiedział "nigdy więcej" :P). Mnie nie zniechęciło, a rosnąca popularność, jaką cieszą się te zajęcia, świadczy o tym, że nie jestem wyjątkiem. Na zajęciach grają i śpiewają - prowadzeni przez bardzo dobrze przygotowaną i muzycznie wyedukowaną prowadzącą - dorośli! 


Hip-hip-hura! Wreszcie miejsce, gdzie mogę śpiewać i grzechotać. I nikt nie patrzy na mnie jak na wariatkę. 

O korzyściach pozamuzycznych płynących z gordonków planuję napisać innym razem. Korzyści muzyczne są takie, że wspólnie sobie z Frankiem śpiewamy. I idzie to pomału coraz lepiej. 

W poście muzycznym nie może zabraknąć też muzyki. Do słuchania, do bujania, czasem do tańczenia, a bardzo często do wygłupów. Pisałam Wam kiedyś o pierwszym koncercie Franka. Możecie odświeżyć ten wpis tutaj. Tak, tak. Znaliśmy i polubiliśmy Anię Brodę, zanim stało się to modne za sprawą programu Mam talent. Dziś chciałabym się podzielić kolejnym muzycznym odkryciem. 

Przed Świętami wpadłam na pomysł kupienia Frankowi płyty dla dzieci. Do tej pory dysponował trzema zestawami kołysanek (w tym "Kołysała mama smoka" i duet Turnau&Umer <3). Chciałam jednak coś bardziej do potańczenia oraz rozwijania słownictwa. I znalazłam! Płyta, na której dzieci śpiewają wiersze Tuwima. Uważam, że utwory jego (oraz Brzechwy) są po prostu nieśmiertelne, a ich rytm jest absolutnym majstersztykiem. W dodatku często są z jajem, więc można się przy nich pośmiać. Miałam trochę stracha, kupując tę płytę wiedziona impulsem bez uprzedniego odsłuchania. No ale z tyłu zobaczyłam, że patronaż na tym muzycznym przedsięwzięciem objęła Lemonka - żoliborska kawiarnia dla mam z dziećmi, do której swego czasu namiętnie chodziłam (teraz też mi się zdarza, choć rzadziej). Zaufałam Lemonce i się nie zawiodłam! Płyta jest zaskakująca, nowoczesna, ale i tradycyjna ("Lokomotywa" z przytupem prawie hip-hopowym, a jednocześnie wiele fragmentów przenosi mnie do krainy dzieciństwa i najlepszych starych dobranocek, z absolutnie cudownymi ścieżkami dźwiękowymi), dziecięca, ale bynajmniej nie infantylna (mój ukochany "Aeroplan" śpiewa mała dziewczyneczka o głosiku iście anielskim, a jednocześnie jest to interpretacja pełna humoru). 
Bardzo się cieszę, że odkryłam MUZALINKI - bo to o nich mowa. W zalewie kiczu, tandenty i ogólnej ohydy, można znaleźć coś na poziomie. Zachęcam do wysłuchania chociaż kilku utworów :) 

http://muzalinki.pl/muzalinki 

Niestety - "Lokomotywa" jest dostępna tylko na płycie. 


piątek, 28 sierpnia 2015

Choroba jasna!

Wakacje. 
Kojarzą się z wieloma rzeczami. Morze, góry, jeziora, kajaki, zwiedzanie, wędrówki - co kto lubi. Grunt, że ma być frajda. 

U nas frajdy nie ma. Jest za to choroba. I to nie jedna. Spieszę zapewnić, że nic bardzo poważnego. A to rota wirus, a to zapalenie gardła, a to angina. Więc szpitala nie ma. Jest siedzenie w domu. No właśnie. Siedzenie w domu. Ja i tak - według Państwa naszego - siedzę w domu. Siedzę na tyłku i nic nie robię. W końcu jestem na urlopie, heloł! 
Przymusowe siedzenie w domu skłoniło mnie do następujących przemyśleń. 
Co ma zrobić chory rodzic? 
Jak zajmować się dzieckiem? 

Kiedy chodzę do pracy i dostanę anginy, to ląduję na L4. 
Ale ja nie chodzę do pracy, bo pracę mam w domu. 24/7. Mój mały pracodawca nie rozumie jeszcze, że mama jest chora. Zwłaszcza, że sam zdrów jak ryba. Nie dostanę zwolnienia od bycia mamą. Nie dostanę dnia wolnego, żeby się wykurować. Kiedy byłam w ciąży, w ogóle nie myślałam o takich sytuacjach. Niestety, dość szybko musiałam się przekonać, że mają one miejsce i od czasu do czasu w tej chorobowej wyliczance pada na mnie. 

Co można zrobić w takiej sytuacji? Jak ja sobie z tym radzę? 

Po pierwsze, nie panikować. Panika udziela się dziecku i zamiast jednej osoby chorej, mamy dodatkowo dwie osoby na skraju histerii. 

Po drugie, spać ile i kiedy można. Franek śpi w ciągu dnia, więc idę spać razem z nim. Mąż wraca z pracy, więc idę spać zaraz po kolacji. Mąż rano wstaje - oporządzi przy okazji malucha, a ja jeszcze śpię - w końcu sen to zdrowie. 

Po trzecie, zadbać o bezpieczną przestrzeń. Nie mówię, że na co dzień jest niebezpieczna. Ale na co dzień mam siłę kontrolować, czy moje dziecko nie topi aktualnie samochodu w sedesie albo nie bawi się w akuku z włączonym piekarnikiem. Dlatego, kiedy czuję, że rozkłada mnie wysoka gorączka, zamykam drzwi do wszystkich pomieszczeń i ładuję się z maluchem do jednego, tego w którym ja mam gdzie się położyć (na przykład sypialnia lub salon), a dziecię może się bawić. Następnie resztkami sił wynoszę wszelkie niebezpieczne tudzież tłukące się rzeczy z tego pomieszczenia (dzbanki, kubki etc.) i wnoszę wystarczająco dużo zabawek, którymi synek może się pobawić przez 2-3 godziny. Książeczki i wszelkiej maści brumbrumy królują. Nie daj Boże coś hałasującego (drewnianym klockom mówimy wtedy papa, bowiem mogą przyprawić mnie o jeszcze większy ból głowy, niestety niemetaforyczny). Potem w pozycji leżącej, z jednym okiem przymkniętym (coś a la sen), a drugim półotwartnym skierowanym na bobasa (coś a la czuwanie), wyczekuję zbawienia. To znaczy godziny 18, kiedy mój mąż wraca z pracy. 

Po czwarte, poproś o pomoc. Wiem, że nie zawsze jest to możliwe. Nie każdy ma taki komfort jak ja, że rodzice i teściowie mieszkają w tym samym mieście (u nas w tym tygodniu dyżury, kto wychodzi z Frankiem na spacer, bo chorzy rodzice mają zakaz spacerków). Ale może jest w sąsiedztwie jakaś zaprzyjaźniona "placowa" mama, która może zerknąć też na cudze dziecko. A może jakaś przyjaciółka, która w ramach wprawiania w macierzyństwo wybierze się na spacer z Twoim maluchem? Inna sprawa, że moi rodzice i teściowie pracują, więc na ich pomoc mogę ewentualnie liczyć tylko wieczorami i w weekendy. Dlatego... 

...po piąte, spróbuj znaleźć ciekawe zabawy dla Ciebie i malucha, w których możesz uczestniczyć na leżąco. U nas królują książeczki. Franek ma obecnie fazę na Ulicę Czereśniową, więc leżymy obłożeni pięcioma tomami i po kolei wszystkie oglądamy. Na szczęście moja angina nie jest już w fazie "nie mogę mówić", więc daję radę nazywać te wszystkie ciekawe rzeczy na obrazkach, które synek wskazuje palcem, mówiąc "TO!" :) 

Po szóste, korzystaj ze zdobyczy cywilizacji. Ja - ilekroć jestem chora - zamawiam zakupy przez Internet z dostawą do domu. W dzisiejszych czasach to nie jest problem (choć oczywiście piszę to z mojej, warszawskiej perspektywy, nie wiem, jak to jest gdzieś indziej, ale przypuszczam, że da się coś wykombinować). Warto też być zapobiegawczym i mieć w zamrażarce przynajmniej 2-3 porcje obiadowe (ja mam zawsze jakąś rybę i kotlety plus mrożone warzywka), żeby nie umrzeć z głodu, czekając na kuriera. 


Jeśli macie jakieś genialne patenty, to się podzielcie. Przy mojej skłonności do rotawirusów mogę być pewna, że jeszcze niejedna taka sytuacja przede mną. 


niedziela, 28 czerwca 2015

Moich 10 sposobów na radosne macierzyństwo

Czytam te internety i co jakiś czas trafiam na wpisy o tym, jak ciężko jest być matką. Ba! Rozmawiam z koleżankami i wnioski z tych rozmów podobne. Oczywiście - każdy rodzic jest inny. Każde dziecko jest inne. A przede wszystkim każda relacja rodzic-dziecko jest inna. Dlatego mój tekst nie ma być w założeniu zbiorem rad, jak być zadowolonym z siebie rodzicem. To po prostu lista rzeczy (czy może raczej postaw), które pomagają mi w byciu matką. Tak, tak. Bo jestem naprawdę zadowolona z bycia mamą :)


1. Brak przywiązania do nadmiernego porządku w domu

Nie pochwalam syfu. Zresztą, źle się w nim czuję. Ale naprawdę pewien zdrowy dystans emocjonalny do bałaganu jest po prostu niezbędny, kiedy w domu mieszka mały człowiek. Polecam. Zarówno dystans, jak i małego człowieka. 


2. Żelazko? A co to takiego? 

Jako osoba na wskroś leniwa i nieznosząca marnowania czasu na sprawy, których nienawidzę, już dawno stwierdziłam, że prasowanie jest czynnością pozbawioną (zasadniczo) sensu. Nie dość, że nigdy nie zdarzyło mi się wyprasować czegokolwiek idealnie, to średnio 5 minut po założeniu ubrania, trudno było stwierdzić, czy było ono wyprasowane, czy nie. Uznałam więc, że nie warto się męczyć dla pięciominutowego efektu doskonałej bluzki. Od lat stosuję zasadę odpowiedniego wieszania mokrych ubrań, dzięki czemu żelazka używam tylko w stosunku do baaardzo wymagających ubrań. 
Jak można się domyślić, nie prasuję też ubranek niemowlęcych. To znaczy wyprasowałam je raz. Wyprawkę szpitalną, kiedy pierworodny tkwił jeszcze w brzuchu. Potem nie miałam już na to ani czasu, ani ochoty. 
Wiem, że niektórzy potępiają w czambuł matki nieprasujące. Takie osoby zapewne cierpią na nadmiar wolnego czasu, więc zapraszam je do mnie. Jeśli chcecie się wyżyć, to mój mąż ma całe mnóstwo koszul. Nie pogardzimy Waszą pomocą. 


3. Czyste ubranka? Mission impossible 

Znacie ten dowcip? 
Przy pierwszym dziecku matka przebierała je, widząc nawet najmniejszą plamkę. 
Przy drugim - dopiero kiedy plam było zbyt wiele, żeby dostrzec oryginalny wzór na ubraniu. 
Przy trzecim - kiedy mieli przyjść goście. 

Może nie jestem aż tak dalece wyluzowana, ale bliska jest mi idea niemęczenie siebie ani dziecka przebieraniem z powodu byle plamki.


4. Zasada decorum, czyli zachowania odpowiedniej proporcji zabawek do przestrzeni

Klucz do ogarnięcia chaosu to dobre rozplanowanie przestrzeni. Ja trzymam się kilku prostych zasad. Są dwie półki na książki Frankowe. Jest jedna półka na książki o tematyce dzieciowej. Są dwie półki na pieluszki. Mam zakodowany układ tych półek, więc w nocy, o północy (jak mawiał mój pan od WOS-u), mogę nawet po ciemku odłożyć rzeczy na właściwe miejsce. 
System pudełek też ułatwia życie. Pudełko na zabawki w dużym pokoju, pudełko na zabawki nieużywane, pudełko na przybory plastyczne...
I wreszcie rzecz najważniejsze: Franek ma sporo zabawek, ale nie wszystkie są w zasięgu jego ręki. Część leży na półkach, a część jest na ziemi. Jeśli Franek chce którąś z "górnych" zabawek (a staje się coraz bardziej decyzyjnym chłopcem), to po prostu odkładamy jedną z tych zabawek, która mu się już znudziła, i dopiero wtedy sięgamy po nową. Robota z tym żadna, a chaos dzięki temu - okiełznany. 


5. Zabawki, które wydają dźwięki, to złe zabawki

Bardzo cenię naszą rodzinę za to, że szanują nasze decyzje związane z rodzicielstwem. Na przykład pytają, jaki prezent kupić Franciszkowi. Uchroniło nas to przed zalewem "zabawek made in China". Grające ustrojstwa nie są przez nas tolerowane z kilku przyczyn: 
a) są brzydkie, 
b) 90% wydaje kakofoniczne dźwięki,  
c) w większości nagrane wypowiedzi mają jakieś wyjechane w kosmos sposoby akcentowania (kiepski pomysł w przypadku dziecka, które dopiero uczy się mówić), 
d) doprowadzają rodziców do szewskiej pasji. 
Dlatego właśnie zabawki grające możemy policzyć na palcach jednej ręki.
I bardzo nam z tym dobrze.


6. Nie chcesz, to nie 

Nie uszczęśliwiajmy się na siłę. Dziecko jest rozmarudzone? Może lepiej odpuścić dziś sobie zakupy i zamówić je przez Internet? W kwestii jedzenia stosowana przez nas metoda BLW jest źródłem luzu i chilloutu. Żyć, nie umierać. Staram się regularnie z Frankiem rysować, ale naprawdę świat się nie zawali, jeśli sobie to odpuścimy, bo któreś z nas nie ma na to zwyczajnie ochoty. 
Innymi słowy - luz, blues i palemki. 


7. Mój mąż to także ojciec mojego dziecka 

Nasza ulubiona sąsiadka ilekroć widzi mnie wychodzącą samą z domu, pyta: 
-A gdzie Franciszek? 
-W domu, z tatą - odpowiadam zgodnie z prawdą. 
-Z tatą? Sam? - niezmiennie, od wielu miesięcy sąsiadka przeżywa szok. 

Ja rozumiem, że Michał młodego piersią nie nakarmi, ale naprawdę - całą resztę ogarnie. Zresztą nie chodzi tylko o to, żebym ja gdzieś wyszła spokojna o to, że potrzeby Franka zostaną zaspokojone. Lubię czasem wyjść z domu i zostawić moich facetów, bo jest to świetna okazja do budowania relacji ojciec-syn. Trąbimy wszem, wobec o kryzysie ojcostwa, a czy dajemy okazję naszym mężom, żeby tę relację rozwijali? Naprawdę, warto zaufać w tej sprawie. Dla dobra całej rodziny. 


8. Mój mąż to przede wszystkim mój mąż 

Relacje małżonków po pojawieniu się na świecie potomka to temat rzeka. Chciałabym go jakoś kiedyś rozwinąć, więc teraz tylko zasygnalizuję kilka spraw. Przede wszystkim mój mąż jest moim mężem. A ja jego żoną. Dlatego trzeba czasem się spiąć, poprosić o pomoc babcię/teściową/koleżankę/siostrę/szwagra i ruszyć w świat jak za dawnych czasów. My praktykujemy randki małżeńskie i zachęcam do tego wszystkich rodziców. Dajcie sobie czas (raz na miesiąc, a jak możecie, to nawet częściej) na wspólne wyjście tylko we dwoje. I naprawdę - spróbujcie znaleźć inne tematy do rozmowy niż dzieci, dzieci i jeszcze raz dzieci. 


9. Jak miło jest popracować (zawodowo)! 

Nie jestem na etacie, ale korzystam z uroków wolnego zawodu i od czasu do czasu pracuję nad jakimś zleceniem. Płynie z tego wiele korzyści, z finansową na czele (naprawdę dobrze jest mieć własne pieniądze). Najważniejsze jest jednak to, że nie wypada się z rynku, rozwija się swoje kompetencje zawodowe i można się (pozytywnie) zmęczyć. Jak się człowiek napoci nad korektą, to potem z przyjemnością odpocznie, budując wieże z klocków ("Klocki robią łubu-du"). 


10. Małe przyjemności <3 

Kawa z koleżanką. Pyszne lody. Ekstra obiad. Dobra książka. Świetny film. Wciągający serial. Nowa bluzka. COKOLWIEK. Róbcie, drogie Matki, coś dla siebie. Bo zwariujecie. Z pustego i Salomon nie naleje - znacie to? Nie możecie wciąż z siebie dawać. Czasem trzeba zrobić coś dla siebie. Naładować akumulatory. Naprawdę, proszę, zadbajcie o siebie. 

piątek, 6 marca 2015

BLW - uwierz w swoje dziecko :)

W metodzie BLW ważne jest pozwolenie dziecku na samodzielność.
Dziś o tym, jak można pomóc małemu odkrywcy w poznawaniu jedzenia. A raczej - jak wprowadzanie stałych posiłków przebiegało u nas. 

Tak, jak pisałam tu: Franek usiadł samodzielnie w wieku 7 miesięcy. Miał już wtedy dwa zęby, ale zapewniam, że ich obecność nie jest dziecku do jedzenia niezbędna (wie to każda mama, którą udziabał bezzębny malec). Z radością zaczęliśmy mu serwować pierwsze posiłki. O tym, co nam w tym pomogło, przeczytacie tutaj

Początkowo dostawał obiad. Mniej więcej po miesiącu oswajania zaczął jeść z nami obiadokolacje (jedyny posiłek, który dajemy radę spożywać całą rodziną w ciągu tygodnia). Po jakimś czasie wprowadziłam śniadania, drugie śniadania i podwieczorki. W wieku 12 miesięcy otrzymywał już pięć posiłków dziennie o mniej więcej stałych godzinach. Grunt to dobre nawyki żywieniowe od małego. 

A propos dobrych nawyków żywieniowych. Propagatorzy metody BLW zapewniają, że jej stosowanie pomoże kształtować chęć do zdrowego jedzenia.

Kluczem są następujące rzeczy: wspólne jedzenie posiłków (socjalizacja dziecka), odejście od łyżeczki i słoiczków na rzecz przygotowanych przez rodzica produktów, niewmuszanie w dziecko jedzenia (żadnych samolocików i szantaży emocjonalnych pod tytułem "za mamusię, za tatusia").

Przy dziecku jest tyle obowiązków, że niejednokrotnie słyszę "śniadanie zjadłam dopiero w południe, jak dziecko poszło spać". Wyobrażam sobie, że gdybym karmiła moje dziecko, to u mnie mogłoby być podobnie. No właśnie. Gdybym karmiła. Na szczęście moje dziecko samo się karmi. Ja tylko szykuję mu jedzenie. I w ten oto przemiły sposób upływają nam poranki - na wspólnym jedzeniu śniadania :) Czyż to nie kusząca perspektywa? 

Kolejna rzecz to słoiczki. Wmówiono nam, że bez nich ani rusz. Pomijam już kwestię cen, które zwalają z nóg. Za te same (lub nawet mniejsze) pieniądze wolę kupować ekologiczną żywność i sama przygotowywać posiłki. Co więcej, posiłki dzieci i dorosłych nie muszą się od siebie różnić. Jeśli przygotuję zdrowy obiad dla całej rodziny, to po pierwsze mniej się narobię (nie wyobrażam sobie gotować osobnych obiadków dla każdego członka rodziny), a po drugie, dbając o zdrowie najmłodszej latorośli, zadbam też o zdrowie moje i męża. Nie będę teraz rozwijać tego tematu, bo post byłby baaardzo długi. O tym, co konkretnie jemy i do czego ta zdrowa kuchnia się sprowadza - niebawem. 

Dziecko ma ogromny potencjał i dobrze jest pozwolić mu go rozwinąć. Pamiętam, jak Franek pierwszy raz dostał banana. Wcześniej dostawał twardsze rzeczy, więc chwycił go odruchowo bardzo mocno i... rozgniótł tak, że nie było już co zbierać. Następnego dnia podszedł do sprawy już ostrożniej, ale wciąż niewystarczająco delikatnie. Za trzecim bądź czwartym razem poradził z nim sobie doskonale. Dla mnie to fascynujące, jak dziecko uczy się, eksperymentując. Miał wtedy 8,5 miesiąca. 

W metodzie BLW bardzo ważne jest to, żeby uwierzyć, że moje dziecko potrafi. Że jest naprawdę - na miarę swego wieku - samodzielne. Rodzice często podają dzieciom papki - bo tak robili ich rodzice i dziadkowie. Nie wyobrażają sobie, że ich dziecko mogłoby sobie poradzić z kawałkiem ogórka, mięsa albo dyni. Tymczasem zbyt długie podawanie jedzenia o rozmemłanej konsystencji może zaburzyć rozwój malucha od strony logopedycznej. Im wcześniej dziecko będzie poznawało różne faktury, tym lepiej. Ortodoksyjni wyznawcy BLW twierdzą, że nie powinno się w ogóle podawać papek. Ja wychodzę z założenia, że Arystotelesowski złoty środek to dobry pomysł i często daję Franiowi zupy kremy, które zresztą wszyscy ze smakiem zjadamy. Podaję mu je łyżeczką, ale czekam na jego inicjatywę - czy na pewno ma na to ochotę. Żadnego wpychania do buzi! Na co dzień podstawą posiłków są normalne (czyli niezmiksowane) produkty - kawałki jabłka, kromka chleba, jajko na twardo, etc. 

Cudownie jest patrzeć, jak moje dziecko je z apetytem. Do niczego nieprzymuszane. Oczywiście, zdarzają się kryzysy. Kiedy miał trzydniówkę nagle musiałam potroić produkcję mleka, bo inne jedzenie poszło w odstawkę. Przy ząbkowaniu też miewa ciężkie dni. Co wtedy robię? Nic. Dbam tylko o to, żeby się nie odwodnił. Nic się dziecku nie stanie, jak raz czy drugi nie zje obiadu. Moim zdaniem, najgorsze, co może być to wmuszanie (jak tu się potem cieszyć z jedzenia?) albo dawanie przekąsek między stałymi godzinami posiłków. Jak powiedział pewien mądry lekarz: proszę pani, żadne dziecko samo z siebie z głodu nie umrze. 
No właśnie. 


Kolejne wpisy o BLW w przyszłym tygodniu. W weekend robię wolne od blogowania. W końcu to ten czas, gdy możemy ucztować w trójkę! 
Do przeczytania w poniedziałek!

poniedziałek, 23 lutego 2015

pierwszy koncert

Zawsze będę ogromnie wdzięczna moim rodzicom za to, że chciało im się ciągać nas po różnych koncertach, wystawach, warsztatach i wszystkim, co może służyć rozwojowi. Wdzięczna tym bardziej, ponieważ wiem, że niektórzy nie widzą sensu w chodzeniu z dziećmi na takie (no śmiało, nie bójmy się tego szumnego określenia!) wydarzenia kulturalne. Bo przecież dzieci niewiele zrozumieją/zapamiętają. Bo szkoda czasu i pieniędzy (można pooglądać telewizję, hehehe), etc. A to zupełnie nie o to chodzi! Liczy się czas spędzony wspólnie - to ma zawsze ogromną wartość. Chodzi też o to, by dziecko osłuchiwało się z dobrą muzyką lub mogło napatrzeć się na piękne obrazy (ale i na piękną przyrodę!). Słowem - by było to dla niego naturalne. Znam wiele dzieci, które pierwszy kontakt z teatrem lub muzeum mają dopiero w szkole - w formie oficjalnego wyjścia klasowego. Moim zdaniem jest to w pierwszej kolejności zadanie rodziców, a nie szkoły*. 

Wczoraj mieliśmy naszą pierwszą wyprawę na koncert. Co prawda Franek ma dopiero roczek, ale od jakiegoś czasu chodzimy na zajęcia umuzykalniające (Gordonki), więc z muzyką, tańcowaniem i innymi dziećmi jest już trochę zaznajomiony. Poza tym od kilku tygodni namiętnie słuchamy Ani Brody, dlatego na wieść o jej występie w Tarabuku - nie wahałam się ani chwili. 
Zresztą sami posłuchajcie:






Te magiczne dźwięki trafiają zarówno do dzieci, jak i do ich rodziców. 
Mam nadzieję, że Was też porwała ta elficka - jak ją określa sama Ania - muzyka. 

Chciałabym się z Wami podzielić moimi odczuciami po tym występie. Jako mama najmłodszego widza miałam ten przywilej, że udało mi się zasiąść na widowni (a ściślej: w wygodnym pluszowym fotelu z Franciszkiem na kolanach). Nie było to wcale takie oczywiste, bo koncert cieszył się sporym zainteresowaniem i klimatyczna salka, załadowana po sufit książkami ledwo pomieściła dzieci, o rodzicach nie było już mowy (tłoczyli się w przejściu, przypuszczam, że chcieli jednym uchem złowić choć część tych pięknych melodii). Niestety Frankowy tata nie załapał się na koncert:( utknął z resztą rodziców przy wejściu. 
Z fascynacją obserwowałam, jak Ania Broda radzi sobie z tą sporą, głównie trzyletnią grupą. Określenie koncert nabrało nowego znaczenia - to była interakcja w pełnym tego słowa znaczeniu. Dzieci wymyślały własne słowa piosenek, wszystko mogły komentować (i nie były z tego powodu strofowane lub uciszane - przeciwnie - z szacunkiem wysłuchane). Śpiewy, klaskanie i wydawanie dziwnych dźwięków pasujących do danej piosenki (np. chrapania) tworzyły idealny duet ze śpiewem Ani. Było super. 
Franek początkowo był nieźle zszokowany taką chmarą dzieci (na Gordonkach jest raptem kilkoro, a tu było przynajmniej czterdzieścioro), więc początek koncertu spędził wtulony we mnie. Z czasem jednak się oswajał, a pod koniec zaczął już nawet odstawiać swój franuszkowy taniec. Niestety nie dał się namówić na klaskanie. Może następnym razem. 

Koncert zaczął się grą na "bardzo starożytnym instrumencie" - jak określiły go dzieci. Ania Broda grała na cymbałach! Takich prawdziwych, Jankielowych :) Pierwsze takty sprawiły, że przeniosłam się do dworku w Soplicowie. Ania zapytała, co przypomina taka melodia. Odpowiedź, która padła z ust uroczego blondwłosego chłopca o zadziornym uśmiechu, była tak trafna i poetycka, że aż oniemiałam: "ta muzyka brzmi jak legenda". Doprawdy, trzeba być dzieckiem albo poetą, żeby tak powiedzieć. 




*
Dla jasności - nie mam na myśli rodziców, którzy nie mają możliwość np. pojechać z dzieckiem do teatru. Wiadomo, że nie wszystkich stać na takie wyprawy, zwłaszcza jeśli najbliższy teatr jest 100 km od ich miejscowości. 

czwartek, 19 lutego 2015

prezent na dobrego blogowania początki



Aaaaaach! Poniżej prezentuję Wam moje logo! Jak to dumnie brzmi! Moje logo ;)



Jak Wam się podoba? 
Wczoraj rozmawiałam z moim mężem o tym, że chciałabym mieć logo, na którym widać byłoby dziecko i książkę. I dziś wieczorem taką właśnie dostałam niespodziankę. Zupełnie się tego nie spodziewałam. Uważam, że logo jest piękne i sama lepiej bym tego nie przedstawiła. A właściwie to sama w ogóle nie byłabym w stanie zrobić czegoś takiego. Obawiam się, że moje zdolności graficzne kończą się na uśmiechniętej buźce w Paincie... Jak dobrze, że mój szanowny małżonek jest uzdolniony plastycznie i ogarnia te wszystkie programy graficzne! 
Pozdrawiam Was i lecę do lektury - aktualnie na tapecie jest "Bezcenny" Miłoszewskiego. Niebawem rozwinę dział "książki". Spodziewajcie się kilku wpisów poświęconych temu pisarzowi. 
Dobrej nocy! 

poniedziałek, 16 lutego 2015

A dlaczego?

Wypadałoby się wytłumaczyć, skąd pomysł na tworzenie własnego bloga. Powodów jest (oczywiście!) kilka.

BO ENERGIA
Jestem w domu na wychowawczym i moje wrodzone adhd domaga się zagospodarowania. Chcę ten wspaniały czas i tę cudowną możliwość poświęcić nie tylko na rozwój mojego dziecka, ale też – mój własny. Wierzę, że z pożytkiem dla całej rodziny.

BO SŁOWA
Na zakończeniu roku szkolnego w pierwszej klasie szkoły podstawowej moja najwspanialsza wychowawczyni  powiedziała, wręczając mi dyplom: „Rośnie nam druga Hanka Bielicka”. Obraziłam się śmiertelnie i obraza ta trwała bodaj całe wakacje. A potem przeczytałam „Anię z Zielonego Wzgórza” i zrozumiałam, że wrodzona gadatliwość może być też zaletą. Nic dziwnego, że po latach zostałam nauczycielką –  do niewątpliwych zalet tego zawodu należy między innymi możliwość bezkarnego gadania J Jak wspomniałam w poprzednim akapicie – teraz nie mogę się wygadać zawodowo, więc muszę znaleźć inne ofiary mego gadulstwa. Mam tylko nadzieję, że nie będzie to czcze gadanie.  Ani przynudzanie!

BO POMYSŁY
Wrodzone (aczkolwiek zdiagnozowane wyłącznie przez moją mamę) adhd objawia się też milionem pomysłów na minutę. Większość z nich jest do bani, ale jak już się dokona selekcji, okazuje się, że parę jest całkiem niezłych i warto byłoby je gdzieś uwiecznić, a przede wszystkim – podzielić się nimi.

I wreszcie powód najważniejszy.
BO POMOC
Lektura najróżniejszych blogów (od wnętrzarskich, przez parentingowe, po lifestyle’owe) parę razy naprawdę mi pomogła. W swoim czasie napiszę o tym coś więcej. Pomyślałam więc: kto wie? Może i jakiś mój wpis kiedyś komuś pomoże? Jeśli choć raz tak będzie, to okaże się, że idea tego bloga była naprawdę trafiona J I tego – na początek przygody z blogowaniem – sobie życzę J A Wam – miłej lektury i inspiracji J