Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 lipca 2015

Co robię, kiedy nie piszę

Wiem, wiem. 

Zapowiadałam, że będę dzielić się moimi impresjami czytelniczymi. Niestety. Przyznaje się. Zabrakło mi czasu. Byłam zajęta czytaniem :) 

Ostatnio odnawiam starą znajomość z pewnym pociągającym gatunkiem powieści. Tak, tak. Kryminały, bo o nich mowa, to moja dawna miłość (choć może stosowniejsze będzie określenie sympatia). 

Pamiętne rodzinne wakacje w Krościenku. Miałam wtedy jakieś 11 lat. Stan zagrożenia powodziowego na Dunajcu. Lało bez przerwy. Na szczęście w naszym ośrodku wypoczynkowym o dumnej, acz aż nazbyt dosłownej nazwie Trzy Korony była minibiblioteczka, a w niej chyba wszystkie przetłumaczone na język polski powieści Agathy Christie. Pochłaniałam je bodaj w tempie trzech dziennie. Czytałam non-stop, co zapewne nie było w smak mojej młodszej siostrze (sorry, Ewa). I tak zaczęła się moja miłość do kryminałów, przy jednoczesnej silnej niechęci do kryminału. 



Nikt nigdy potem nie zaczarował mnie tak jak ona. Opowieści sir Arthura Conan Doyle'a? Do dziś nie jestem w stanie pojąć ich fenomenu! Przecież ten paranoiczny psychopata Holmes nawet się nie umywa do Herculesa Poirota! 

Ostatnimi czasy postanowiłam posmakować na nowo w tej literaturze. 

Czas na krótkie sprawozdanie. 

Wspomniałam (tutaj), że wciągnęła mnie powieść Wyspa nieprawdy Lisy Unger. Wciągnęła mnie na tyle, że (nie uszczuplając na szczęście rodzinnego budżetu - chwała Wam, znakomicie zaopatrzone biblioteki dzielnicowe!) pochłonęłam wszystko, co zostało przetłumaczone na polski i czekam na więcej. 
Trzeba przyznać, że każda kolejna książka jest bardziej ambitna. Piękne kłamstwa i Cząstkę prawdy czyta się dość dobrze, dreszczyk jest, wszystko pięknie. Mimo to - szału nie ma. Amnezja to jedna z dziwniejszych książek, jakie czytałam i chyba równie dobrze żyłoby mi się bez tego doświadczenia lekturowego. Z jednej strony, nie wiem, jak można nazwać bohaterkę Ofelia, z drugiej - dowiedziałam się, że istnieje całkiem ciekawa choroba psychiczna. 
Kolejne książki Unger są już znacznie lepsze. Zarówno warsztatowo, jak i fabularnie. Kruche więzi i Mój przyjaciel Mrok mogę polecić jako lekturę na wakacje. Myślę, że mogą się Wam spodobać. U Unger podoba mi się, że wątek kryminalny jest tylko pretekstem, żeby stworzyć naprawdę dobre portrety psychologiczne, a nawet socjologiczne (jest coś takiego jak portret socjologiczny? chyba nie... niech zatem stosownie będzie: pejzaż socjologiczny :P ). 

To samo mogę powiedzieć o innej pisarce, tym razem polskiej. Moja imienniczka obdarzona nazwiskiem, które skazuje ją na sensacyjny sukces - Katarzyna Bonda. Popełniła ostatnio kilka książek, które zostały naprawdę dobrze wypromowane (brawo, Wydawnictwo Muza!). Traf chciał, że i do mnie trafiły dwie pierwsze książki z serii o Saszy Załuskiej (Pochłaniacz i Okularnik). 
W pierwszej przedstawiony został układ mafijny w pięknych garniturach, a nawet togach z charyzmatycznym księdzem w tle (i nie jest to bynajmniej drugi ojciec Mateusz). Niby fikcja, ale jednak piramida finansowa z bursztynem w tle coś mi tak jakby przypomina ;) 
Druga ma nieco odjechany wątek kryminalny (momentami jak z horroru), ale w niezwykle ciekawy sposób ukazuje życie społeczności Hajnówki. Miasteczka, w którym krzyżują się ze sobą różne narodowości i wyznania. To opowieść nie tylko o zbrodni, ale o historii, która się za nią kryje. O historii, która nas determinuje i stygmatyzuje. O historii, od której nie da się uwolnić. Nie da się też jej jednoznacznie ocenić, bo każdy ma swoje racje. I nie da się porównać, czyje rany bardziej bolały. 
Najlepszą recenzją będzie chyba to, że zdobyłam pozostałe książki Bondy. Wyczekane w bibiotekach leżą teraz na parapecie, a ja czytam pierwszą z tego stosiku, czyli Florystykę. 


Na dziś to wystarczy, inną razą napiszę coś o męskich autorach. Albo lepiej - o ich książkach.

Dobrego dnia! 

środa, 1 kwietnia 2015

Jak oszczędzać pieniądze?

Kto mnie zna, ten pewnie parsknął śmiechem, czytając tytuł tego posta. To żadna tajemnica, że ja i oszczędzanie to dwa sprzeczne pojęcia. Oksymoron. Złośliwi może nawet przeczytają ten post z ironicznym uśmieszkiem: co też ta Kasia ma do powiedzenia na TEN temat?

No cóż… nie mylicie się! Mimo usilnych prób wprowadzenia w życie oszczędnego modelu egzystencji, nadal kiepsko mi to idzie. Ale staram się! I - chcąc nie chcąc -  wciąż uczę się na błędach.

Dziś będzie o jednym z takich błędów.

Moi drodzy, nigdy, ale to nigdy nie wychodźcie z domu bez książki. Może skończyć się to fatalnie dla Waszych finansów. Taki oto los spotkał mnie w ubiegłym tygodniu… Idąc do tramwaju (miałam nim odbyć zawrotną dwudziestominutową podróż, a jak powszechnie wiadomo, taka podróż bez lektury dłuży się niemiłosiernie), uświadomiłam sobie, że zapomniałam wziąć coś do czytania. Jak na złość droga do tramwaju wiodła obok księgarni… Dopowiedzcie sobie ciąg dalszy…

Ale mało tego!

W księgarni stanęłam przed dylematem: ambitna (Jurij Andruchowicz Zwrotnik Ukraina) czy przyjemna (Lisa Unger Wyspa nieprawdy) lektura.
Jak to się skończyło? Kupiłam obie. A przy kasie dorzuciłam jeszcze ofertę z promocji (Gillian Flynn Zaginiona dziewczyna). Kasjerka zachęcała mnie do niej tak przekonująco, że wszelkie oszczędne hamulce puściły i księgarnię opuściłam solidnie obładowana.

Lektura ambitna wciąż czeka na półce, szczerze mówiąc, trochę boję się po nią sięgać, bo nie zapowiada się lekka książka czytana do poduszki.
Natomiast oba thrillery (tudzież kryminały – jakże płynne są granice między tymi gatunkami) pochłonęłam. I chętnie podzielę się z Wami moimi wrażeniami.

1. Lisa Unger Wyspa nieprawdy



Książka napisana naprawdę ładną prozą. Świetne portrety psychologiczne. Sam wątek dreszczowy rozwija się stosunkowo późno, ale może to i dobrze, bo – w moim odczuciu – jest najsłabszą stroną książki, momentami naciąganą. Ale, ale. I tak uważam, że warto przeczytać. Dosyć dobrze pokazuje mechanizmy uwikłania w toksyczną rodzinę. Wiem, wiem – to banał, temat stary jak świat. Jednak Unger pokazuje to na tyle przekonująco, że w trakcie lektury co i rusz przypominały mi się różne takie toksyczne relacje, które znam lub kojarzę z bliższego albo dalszego otoczenia. Książka o kobietach i chyba raczej dla kobiet. 

2. Gillian Flynn Zaginiona dziewczyna



Zupełnie inaczej sprawa ma się z bestsellerem (wg "New York Timesa"). Tu strona techniczna leży. Trudno mi uwierzyć, że książka, którą jarała się Ameryka, może być aż tak słabo napisana. Być może to kwestia tłumaczenia i redakcji. Sama nie wiem. W każdym razie po przebrnięciu przez pierwszych 50 stron (tomiszcze liczy w sumie 650), naprawdę zaczęłam wciągać się w fabułę. Książka jest przerażająco wciągająca, pełna zwrotów akcji i naprawdę poschizowanych wątków (wybaczcie to określenie, ale ono naprawę idealnie pasuje, zresztą czytanie co jakiś czas przerywałam okrzykiem „rany, ale schiza” – spytajcie mojego męża). Wnioski z lektury? Przed ślubem warto udać się z przyszłym współmałżonkiem do poradni psychologicznej na testy diagnostyczne. Więcej nie powiem, żeby nie spojlerować.


poniedziałek, 16 marca 2015

gąsienica, bibliomania i nosidło

Cześć i czołem! 
Tydzień milczenia wynikał z prozaicznej przyczyny - mój organizm źle znosi marcowe pogody (jak co roku). Tym razem aura obdarowała mnie tygodniową migreną, więc odpuściłam sobie tyle, ile mogłam i swoje funkcje życiowe ograniczyłam do minimum. Ale wczoraj był pierwszy od tygodnia dzień bez bólu głowy, więc teraz już bez wymówek - wracam do pisania. 

A trzeba przyznać, że jest o czym pisać. Mam już gotowy tekst o BLW, ale czeka na lepsze czasy, bo nie chcę nikogo przytłoczyć tą tematyką. Wrzucam na jedzeniowy luz, ale nie do końca, ponieważ kupiłam dzisiaj książkę o...jedzeniu! Być może znacie pana Erica Carle'a? Ja jestem jego fanką od momentu, gdy pierwszy raz zobaczyłam na żywo "Moją pierwszą książkę o kolorach". Jest to jedna z najładniej wydanych książek dla dzieci, jakie kiedykolwiek widziałam. Wygląda tak, jakby przed chwilą ktoś pomalował ją farbami. Zdjęcia tego nie oddadzą, ale macie małą próbkę: 



Na półce czeka "Moja pierwsza książka o liczbach", ale to dopiero za jakiś czas. Dziś zaopatrzyłam nas w "Bardzo głodną gąsienicę". Oto jak się prezentuje: 





Prawda, że urocza? 
Nie mogłam się jej oprzeć, ale co poradzę na to, że byłam dziś w bibliotece oddać "Bezcennego" (o mojej wyprawie po niego pisałam tutaj)? Czy to moja wina, że jeden z moich ulubionych sklepów z zabawkami jest po drodze? Sami przyznacie, że nie miałam wyjścia... 


I cały zestaw, o którego istnieniu niniejszym informuję mojego męża. Pozdro, Skarbie :*

Oczywiście wyprawa odbyła się w nosidle. Jak zwykle wzbudziliśmy niemałą sensację na Żoliborzu i Bielanach. Z radością jednak stwierdzam, że w przeważającej większości - sensację pozytywną. Jedna pani tylko z niezadowoleniem cmokała na nas, przekonując mnie, że robię dziecku krzywdę. Ale cóż to jest wobec tylu miłych uśmiechów? :) 
Dzieć w nosidle usnął. Po powrocie do domu wyglądaliśmy tak: 



Dzieć śpi nadal, a ja korzystam i piszę ten post, a potem wracam do mojej zmory, czyli wybierania nowego fotelika do samochodu. 

sobota, 28 lutego 2015

recenzja, która nie jest recenzją - o "Bezcennym" Miłoszewskiego


Pisałam niedawno, że czytam "Bezcennego". Książka przeczytana, więc czas na moje wrażenia po lekturze.

Najpierw jednak parę słów wstępu. 

Miłoszewski skradł moje czytelnicze serce. Pochłonęłam jego książki z taką przyjemnością i lekkością, że wybaczam mu pewne błędy (np. w "Uwikłaniu" córka głównego bohatera raz chodzi do przedszkola, a raz do szkoły). Kiedy uporałam się z trylogią o prokuratorze Szackim (spodziewajcie się wpisu o tych książkach), nie byłam w stanie przestać o niej myśleć. Doszło do tego, że nie mogłam zacząć czytać żadnej innej książki (a na kredensie piętrzy się naprawdę spory stosik). Zrozumiałam, że muszę szybko przeczytać "Domofon" i "Bezcennego", bo najwyraźniej moje czytelnicze serce nie może oderwać się od Miłoszewskiego. Wierzcie mi, tego typu obsesje nie są dla mnie chlebem powszednim. O czymś to świadczy. 

Niestety, w lutym spłukałam się na pieluszki wielorazowe i wspomnianą trylogię, więc nie mogłam kupić dwóch kolejnych książek. A nie mogłam też czekać do marca! Postanowiłam zatem odnowić znajomość z bibliotekami. Znajomość, którą porzuciłam, odkąd stałam się tak zwaną kobietą z wózkiem. A dlaczego? Ponieważ w naszej przyjaznej wszystkim stolicy, większość bibliotek nie ma podjazdu dla wózków. Bo po co? Oczywiście, istnieją biblioteki odpowiednio przystosowane, ale we wszystkich "Bezcenny" był albo wypożyczony, albo zarezerwowany na pół roku do przodu. A ja chciałam już, teraz! 

Moja determinacja była tak wielka, że pierwszy raz w życiu odważyłam się ruszyć w dalszą trasę z Frankiem w nosidle (Tula <3 ). Zestrachana byłam wielce, ale ciekawość zwyciężyła! Przeszłam z moim bagatela dziesięciokilogramowym syneczkiem na brzuchu 2,5 km! Serio! Sprawdziłam potem na mapie google! Nie wiem sama, jak to przeżyłam, ale udało mi się. Przypłaciłam tę wyprawę trzydniowym bólem kolan... 

I teraz należy odpowiedzieć na pytanie: czy warto było się tak męczyć? 

Z jednej strony książka mnie wciągnęła jak mało która. Nie jestem jakimś znawcą gatunku (thriller), więc było to momentami ekstremalne przeżycie (dramatyczne sceny w La Rochelle przyprawiły mi o palpitacje). To było takie spotkanie z popkulturą, które sprawiło mi niekłamaną przyjemność. Wątek malarstwa był moim zdaniem ciekawie przedstawiony (nie dłużyły mi się wykłady dr Zosi, choć wiem, że niektórzy na nie narzekali). Na tyle ciekawie, że pierwszy raz w życiu pomyślałam, że w sumie to fajnie byłoby studiować historię sztuki. 

Z drugiej strony, spodziewałam się czegoś więcej. Jakiś czas temu trafiłam na opinie, że "Bezcenny" to najlepsza książka Miłoszewskiego i pod tym względem nieco się zawiodłam. Oczekiwałam czegoś lepszego. To zabawne, że dopiero po lekturze zaczęłam szukać recenzji i nagle okazało się, że wielu krytyków uważa tę pozycję za najsłabszą. Niektórzy co prawda twierdzą, że to Dan Brown po polsku. Nie będę się do tego odnosić, bo nie czytałam "Kodu...". Na pewno rażące są pewne nieścisłości, trochę naiwny happy love story end (choć oczywiście trzymałam kciuki za taki obrót sprawy ^^), pewne błędy językowe i kompozycyjne. Ale powiedzmy sobie szczerze - czasem potrzebujemy takiej właśnie lektury - z dreszczykiem, ciekawym ambitnym (łechcącym nasze ego, jaką to mądrą lekturę wybraliśmy :P ) wątkiem (w tym wypadku - malarskim) i romantycznym tłem, którą jednocześnie czyta się lekko i przyjemnie. Innymi słowy - mimo wad - polecam! 

I tak oto wyszła mi recenzja, która nie jest recenzją, bo najwięcej zajmuje sam wstęp. Gimnazjaliści, nie idźcie tą drogą! Na egzaminie sama odjęłabym Wam za to punkty ;) 

czwartek, 26 lutego 2015

o "Miedziance" Filipa Springera

Drugą książką, którą przeczytałam w ramach projektu 52 book challange, była "Miedzianka" Filipa Springera. Zachęciła mnie do niej Magda z bloga wnętrzazewnętrza. Pomyślałam, że fajnie byłoby przeczytać polecany przez nią reportaż. No cóż... po lekturze mogę powiedzieć, że faktycznie - fajnie było przeczytać tę książkę. Choć mogę się też do tego i owego przyczepić. 

"Miedzianka" to opowieść o mieście, którego historia sięga średniowiecza. Mieście, które od pokoleń prześladowało fatum, by - w drugiej połowie XX wieku - praktycznie zniknąć z powierzchni ziemi. Jak to możliwe? Filip Springer próbuje to wyjaśnić, snując długą opowieść o losach miasteczka. Pożary i wojny od wieków niszczyły miasteczko, ale największym przekleństwem okazały się kopalnie. To paradoks, że złoża będące źródłem zysków ostatecznie unicestwiły Miedziankę. 

Nie jest to jednak tylko faktograficzna opowieść o samym mieście. To także opowieść o jego mieszkańcach. O ponurych czasach drugiej wojny światowej. O przesiedleńcach (Miedzianka leży koło Jeleniej Góry, przez wieki była miastem niemieckim) i o osadnikach. O koszmarnych czasach stalinizmu. Czyta się tę książkę bardzo dobrze (choć z pewnością czytałoby się ją lepiej, gdyby ktoś pomyślał z szacunkiem i empatią o czytelnikach, wybierając rozmiar czcionki). 

Dla mnie najciekawszy był wątek kopalni uranu - głównie ze względów sentymentalnych (jak to brzmi...sentyment do uranu...). Byliśmy kiedyś na wakacjach rodzinnych w tamtych okolicach i zwiedzaliśmy jedno z nieczynnych już miejsc, gdzie wydobywano ten cenny pierwiastek. Nie wszyscy wiedzą, że po wojnie Rosjanie położyli łapę na polskich złożach uranu i wydobywano go na potęgę, dziurawiąc bezmyślnie Rzeczpospolitą. Następnie wywożono uran w głąb ZSRR. Oczywiście wszystko odbywało się nieoficjalnie. Nie liczono się zupełnie z kosztami (np. z chorobą popromienną), wszak cenę płacili Polacy. Filip Springer opowiadając tę historię, pisze o konkretnych osobach. To nie jacyś tam nieokreśleni górnicy. To ludzie z krwi i kości. 

Ciekawy jest też wątek likwidowania Miedzianki i szukania lokali zastępczych dla jej mieszkańców. Kontrast między starymi kamieniczkami a blokiem z wielkiej płyty. Koszmar komunistycznego osiedla. Wreszcie dramat ludzi, których raz już wysiedlono (w wyniku wojny), a teraz muszą ponownie się przenieść. Nie z własnej woli. Wieczni tułacze. 

Wątek miejscowej działaczki PZPR również jest interesujący. To niezłe studium psychologiczne. Kobieta znienawidzona przez mieszkańców, istne monstrum. Tak wynika z ich relacji, która została skontrastowana z opowieścią samej zainteresowanej. Fascynujące, jak bardzo te narracje różnią się od siebie. Najłatwiej byłoby powiedzieć, że to przykład tego, jak ludzie nie lubili komunistycznej władzy. Ale jest w tej historii coś więcej. Coś, co wykracza poza okres PRL. Coś, co zrozumie każdy obdarzony naturą społecznika. To historia o ludzkiej niewdzięczności i podejrzliwości. O tym, że czasem nie da się zadowolić tych, którym chce się pomagać. 

Jak widzicie - wątków w "Miedziance" jest sporo. To jednocześnie wada i zaleta. Na pewno opowieść staje się dzięki temu ciekawsza i pewnie każdy znajdzie przynajmniej jeden interesujący go temat. Z drugiej zaś strony, po lekturze "Miedzianki" mam problem z odpowiedzią na pytanie, o czym ostatecznie ta książka traktuje. Mam wrażenie, że autor zebrał spory materiał dotyczący miasteczka i postanowił wrzucić do jednego worka wszystko, czego się dowiedział - bez jakiejkolwiek selekcji. 

Jest też jeszcze jedna wada tej książki. Jej tendencyjność. Springer opisując polską historię Miedzianki (czyli czasy powojenne), przedstawia Polaków szczerze, bez wybielania. Jedni są dobrzy, drudzy źli. Jedni uczciwi, inni szumowiny. Jedni pomocni, inni oprawcy. Szkoda tylko, że opisując niemiecką historię Miedzianki, stworzył jakąś apoteozę ówczesnych mieszkańców. Nie chodzi mi o to, żeby pisać, że wszyscy Niemcy byli źli. Chodzi mi o to, żeby nie oszukiwać czytelników, że miasto było zamieszkane przez samych szlachetnych potomków Goethego. To nawet nie jest naiwność. To się nazywa manipulacja (zwłaszcza w świetle dalszej części książki i dużo bardziej realistycznego opisu Polaków). 

wtorek, 24 lutego 2015

wiosenny post 1

Wczorajszy spacer zainspirował mnie do napisania dzisiejszej notki. 
Spacer jak to spacer. Krążenie z wózkiem po osiedlowych ścieżkach. Wymijanie kałuż i różnych psich niespodzianek. Unikanie zderzenia z smsującymi licealistami, którzy wracają ze szkoły. Pośpieszne zakupy w zaprzyjaźnionym sklepie (mleko, jogurt kozi, banan i gruszka). Aż tu nagle dociera do mnie, że zbliża się szesnasta! Zaraz będzie czwarta, a my nadal spacerujemy, latarnie jeszcze się nie świecą, czapka niepotrzebna, dziecko samo ściąga sobie rękawiczki... A to oznacza, że idzie wiosna! :) 

W związku z tym pomyślałam, że napiszę o świetnych książkach obrazkowych. Seria o ulicy Czereśniowej - bo o niej będzie mowa - zaczyna się przecież od "Wiosny na ulicy Czereśniowej". Jeśli Wasz maluch jeszcze jej nie ma, to naprawdę polecam! Książki są dość duże, a kartki na tyle sztywne, że powinny przetrwać niejedno. W całej serii na każdej stronie jest mniej więcej ten sam obrazek: na przykład na pierwszej stronie jest przekrój domu, a na ostatniej miejski park z jeziorem. A dlaczego mniej więcej? Ponieważ zależnie od tomu, inaczej wszystko wygląda. Okładkowe drzewo kwitnie na biało w tomie "Wiosna", a w tomie "Zima" lepią pod nim bałwana, zmienia się oferta domu kultury, a plac budowy staje się - zgodnie z tabliczką informacyjną - nowo wybudowanym przedszkolem. 



Każda ilustracja ma tyle elementów, że można rozmawiać o nich godzinami i wymyślać miliony historyjek. Przy okazji ćwiczy spostrzegawczość (możemy obserwować, co dzieje się z bohaterami, którzy wędrują przez kolejne strony książki), a także pokazuje, jak pod wpływem pór roku zmienia się otaczająca nas rzeczywistość. 
Bardzo podobają mi się ilustracje, które cechuje prostota. Są tak - w dobrym tego słowa znaczeniu - zwyczajne, że przypominają mi zabawki i książeczki z mojego dzieciństwa. Jest tam też sporo dowcipnych elementów, na przykład śmieszne napisy (dentysta M. Leczak). Spostrzegawczy znajdą też męskie pośladki pod prysznicem oraz dwa akty - damski i męski ;) 
A zresztą ja i tak najbardziej lubię wypatrywać, co dzieje się z papugą i zakonnicami! :) 


Ciekawe, kto znajdzie moją ulubioną zakonnicę?

piątek, 20 lutego 2015

gorączkowa lektura

Pierwsza książka, po którą sięgnęłam w roku 2015, nie była może szczytem literackich możliwości. Nie była też szczytem moich czytelniczych ambicji. Ale biorąc pod uwagę, że Nowy Rok powitałam z anginą oraz z zapaleniem gardła, zatok i oskrzeli, naprawdę za sukces uważam, że w ogóle coś udało mi się przeczytać.

"Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" Jonassona Jonasa wpadł mi w ręce, gdy robiłam świąteczne zakupy. Właściwie kupiłam tę książkę pod wpływem impulsu. Zdziwiłam się, jak ją zobaczyłam, bo kojarzyłam film pod tym tytułem, a okazało się, że to była adaptacja powieści. (Nawiasem mówiąc od miesiąca zbieram się, żeby go obejrzeć, ciekawa jestem, jak reżyser i scenarzysta wybrnęli z mnogości wątków.)

Sama książka jest przezabawna i pełna zwrotów akcji. Czyta się ją lekko, można się pośmiać - to naprawdę niezły poprawiacz humoru. "Stulatek..." jest połączeniem komedii (z elementami czarnego humoru), powieści sensacyjnej i kryminału. Jednak tym, co nadaje wyjątkowego charakteru, jest - moim zdaniem - naprawdę oryginalny przegląd wydarzeń z minionego stulecia. Wątki historyczne czytałam z przymrużeniem oka, bo ukazane są zabawnie, czasem wręcz groteskowo. Wyszłam z założenia, że autor autentyczne historie mocno ubarwił, mieszając rzeczywistość z fantazją. Ale kiedy doszłam do fragmentu o Amandzie Einstein, poziom abstrakcji sięgnął zenitu. Zaczęłam guglować różne wątki, które wydawały mi się zmyślone. Okazało się, że część z nich jest (w mniejszym lub większym stopniu) prawdziwa! Drodzy badacze literatury, może ktoś z Was zechce prześwietlić całą tę książkę pod kątem zgodności z faktami? Czuję, że mogłoby to być fascynujące zadanie :)

www.matras.pl



A tak wygląda okładka.
Nie jest to (delikatnie mówiąc) mistrzostwo świata, ale nieźle koresponduje z treścią książki.

środa, 18 lutego 2015

wstęp do impresji książkowych

Jestem wnuczką polonistki. Jestem córką bibliotekarki. Od zawsze kochałam książki i pochłaniałam je w gargantuicznej wprost ilości. Dość szybko zaświtała w mojej głowie myśl, żeby iść na studia polonistyczne. Co ciekawe, kiedy podzieliłam się tym pomysłem z kilkoma znanymi mi studentkami/absolwentkami tego kierunku, usłyszałam szokujące stwierdzenie: nie idź tam, bo znienawidzisz książki. Niepomna tych ostrzeżeń po maturze nie zdawałam na żaden inny wydział, a jeśli czegoś się bałam to gramatyki historycznej i staro-cerkiewno-słowiańskiego, przed którymi ostrzegała mnie babcia.
Szybko okazało się, że polonistyczne przestrogi nie były oderwane od rzeczywistość. Na tych studiach zawsze jest przynajmniej 100 lektur obowiązkowych, których człowiek jeszcze nie przeczytał. Pamiętam, jak policzyłam, ile książek jest wypisanych na liście lektur obowiązkowych z samej tylko Historii Literatury Staropolskiej na pierwszym roku - ponad 400 pozycji, nie licząc podręczników i opracowań. No nie ma szans, żeby to wszystko przeczytać, przemyśleć, zrozumieć, zapamiętać.
W efekcie wyrzuty sumienia może budzić książka przeczytana dla przyjemności. Na szczęście na liście lektur obowiązkowych znajdują się też takie dzieła, których lektura sprawia niekłamaną radość (Słowacki <3 ). Mimo to po paru latach studiowania człowiek ma ochotę odpocząć. Zwłaszcza, gdy zewsząd kuszą naprawdę świetne seriale ;) W dodatku przy małym dziecku naprawdę łatwo o wymówki. W końcu każda godzina snu bywa na wagę złota (kto ma dzieci, ten wie, co mam na myśli). 
Tymczasem z pomocą przyszedł mi facebook i 52 book challange.
W skrócie: deklaruję, że w 2015 r. przeczytam 52 książki, czyli jedną tygodniowo. Dużo to czy mało? Trudno powiedzieć, zależy od czytającego i samych książek (co innego Biblia, a co innego wspaniałe, ale jednak krótkie nowele Libery). W tej serii będę się z Wami dzielić moimi lekturami. Nie spodziewajcie się fachowych recenzji, raczej czytelniczych impresji :)