niedziela, 28 czerwca 2015

Moich 10 sposobów na radosne macierzyństwo

Czytam te internety i co jakiś czas trafiam na wpisy o tym, jak ciężko jest być matką. Ba! Rozmawiam z koleżankami i wnioski z tych rozmów podobne. Oczywiście - każdy rodzic jest inny. Każde dziecko jest inne. A przede wszystkim każda relacja rodzic-dziecko jest inna. Dlatego mój tekst nie ma być w założeniu zbiorem rad, jak być zadowolonym z siebie rodzicem. To po prostu lista rzeczy (czy może raczej postaw), które pomagają mi w byciu matką. Tak, tak. Bo jestem naprawdę zadowolona z bycia mamą :)


1. Brak przywiązania do nadmiernego porządku w domu

Nie pochwalam syfu. Zresztą, źle się w nim czuję. Ale naprawdę pewien zdrowy dystans emocjonalny do bałaganu jest po prostu niezbędny, kiedy w domu mieszka mały człowiek. Polecam. Zarówno dystans, jak i małego człowieka. 


2. Żelazko? A co to takiego? 

Jako osoba na wskroś leniwa i nieznosząca marnowania czasu na sprawy, których nienawidzę, już dawno stwierdziłam, że prasowanie jest czynnością pozbawioną (zasadniczo) sensu. Nie dość, że nigdy nie zdarzyło mi się wyprasować czegokolwiek idealnie, to średnio 5 minut po założeniu ubrania, trudno było stwierdzić, czy było ono wyprasowane, czy nie. Uznałam więc, że nie warto się męczyć dla pięciominutowego efektu doskonałej bluzki. Od lat stosuję zasadę odpowiedniego wieszania mokrych ubrań, dzięki czemu żelazka używam tylko w stosunku do baaardzo wymagających ubrań. 
Jak można się domyślić, nie prasuję też ubranek niemowlęcych. To znaczy wyprasowałam je raz. Wyprawkę szpitalną, kiedy pierworodny tkwił jeszcze w brzuchu. Potem nie miałam już na to ani czasu, ani ochoty. 
Wiem, że niektórzy potępiają w czambuł matki nieprasujące. Takie osoby zapewne cierpią na nadmiar wolnego czasu, więc zapraszam je do mnie. Jeśli chcecie się wyżyć, to mój mąż ma całe mnóstwo koszul. Nie pogardzimy Waszą pomocą. 


3. Czyste ubranka? Mission impossible 

Znacie ten dowcip? 
Przy pierwszym dziecku matka przebierała je, widząc nawet najmniejszą plamkę. 
Przy drugim - dopiero kiedy plam było zbyt wiele, żeby dostrzec oryginalny wzór na ubraniu. 
Przy trzecim - kiedy mieli przyjść goście. 

Może nie jestem aż tak dalece wyluzowana, ale bliska jest mi idea niemęczenie siebie ani dziecka przebieraniem z powodu byle plamki.


4. Zasada decorum, czyli zachowania odpowiedniej proporcji zabawek do przestrzeni

Klucz do ogarnięcia chaosu to dobre rozplanowanie przestrzeni. Ja trzymam się kilku prostych zasad. Są dwie półki na książki Frankowe. Jest jedna półka na książki o tematyce dzieciowej. Są dwie półki na pieluszki. Mam zakodowany układ tych półek, więc w nocy, o północy (jak mawiał mój pan od WOS-u), mogę nawet po ciemku odłożyć rzeczy na właściwe miejsce. 
System pudełek też ułatwia życie. Pudełko na zabawki w dużym pokoju, pudełko na zabawki nieużywane, pudełko na przybory plastyczne...
I wreszcie rzecz najważniejsze: Franek ma sporo zabawek, ale nie wszystkie są w zasięgu jego ręki. Część leży na półkach, a część jest na ziemi. Jeśli Franek chce którąś z "górnych" zabawek (a staje się coraz bardziej decyzyjnym chłopcem), to po prostu odkładamy jedną z tych zabawek, która mu się już znudziła, i dopiero wtedy sięgamy po nową. Robota z tym żadna, a chaos dzięki temu - okiełznany. 


5. Zabawki, które wydają dźwięki, to złe zabawki

Bardzo cenię naszą rodzinę za to, że szanują nasze decyzje związane z rodzicielstwem. Na przykład pytają, jaki prezent kupić Franciszkowi. Uchroniło nas to przed zalewem "zabawek made in China". Grające ustrojstwa nie są przez nas tolerowane z kilku przyczyn: 
a) są brzydkie, 
b) 90% wydaje kakofoniczne dźwięki,  
c) w większości nagrane wypowiedzi mają jakieś wyjechane w kosmos sposoby akcentowania (kiepski pomysł w przypadku dziecka, które dopiero uczy się mówić), 
d) doprowadzają rodziców do szewskiej pasji. 
Dlatego właśnie zabawki grające możemy policzyć na palcach jednej ręki.
I bardzo nam z tym dobrze.


6. Nie chcesz, to nie 

Nie uszczęśliwiajmy się na siłę. Dziecko jest rozmarudzone? Może lepiej odpuścić dziś sobie zakupy i zamówić je przez Internet? W kwestii jedzenia stosowana przez nas metoda BLW jest źródłem luzu i chilloutu. Żyć, nie umierać. Staram się regularnie z Frankiem rysować, ale naprawdę świat się nie zawali, jeśli sobie to odpuścimy, bo któreś z nas nie ma na to zwyczajnie ochoty. 
Innymi słowy - luz, blues i palemki. 


7. Mój mąż to także ojciec mojego dziecka 

Nasza ulubiona sąsiadka ilekroć widzi mnie wychodzącą samą z domu, pyta: 
-A gdzie Franciszek? 
-W domu, z tatą - odpowiadam zgodnie z prawdą. 
-Z tatą? Sam? - niezmiennie, od wielu miesięcy sąsiadka przeżywa szok. 

Ja rozumiem, że Michał młodego piersią nie nakarmi, ale naprawdę - całą resztę ogarnie. Zresztą nie chodzi tylko o to, żebym ja gdzieś wyszła spokojna o to, że potrzeby Franka zostaną zaspokojone. Lubię czasem wyjść z domu i zostawić moich facetów, bo jest to świetna okazja do budowania relacji ojciec-syn. Trąbimy wszem, wobec o kryzysie ojcostwa, a czy dajemy okazję naszym mężom, żeby tę relację rozwijali? Naprawdę, warto zaufać w tej sprawie. Dla dobra całej rodziny. 


8. Mój mąż to przede wszystkim mój mąż 

Relacje małżonków po pojawieniu się na świecie potomka to temat rzeka. Chciałabym go jakoś kiedyś rozwinąć, więc teraz tylko zasygnalizuję kilka spraw. Przede wszystkim mój mąż jest moim mężem. A ja jego żoną. Dlatego trzeba czasem się spiąć, poprosić o pomoc babcię/teściową/koleżankę/siostrę/szwagra i ruszyć w świat jak za dawnych czasów. My praktykujemy randki małżeńskie i zachęcam do tego wszystkich rodziców. Dajcie sobie czas (raz na miesiąc, a jak możecie, to nawet częściej) na wspólne wyjście tylko we dwoje. I naprawdę - spróbujcie znaleźć inne tematy do rozmowy niż dzieci, dzieci i jeszcze raz dzieci. 


9. Jak miło jest popracować (zawodowo)! 

Nie jestem na etacie, ale korzystam z uroków wolnego zawodu i od czasu do czasu pracuję nad jakimś zleceniem. Płynie z tego wiele korzyści, z finansową na czele (naprawdę dobrze jest mieć własne pieniądze). Najważniejsze jest jednak to, że nie wypada się z rynku, rozwija się swoje kompetencje zawodowe i można się (pozytywnie) zmęczyć. Jak się człowiek napoci nad korektą, to potem z przyjemnością odpocznie, budując wieże z klocków ("Klocki robią łubu-du"). 


10. Małe przyjemności <3 

Kawa z koleżanką. Pyszne lody. Ekstra obiad. Dobra książka. Świetny film. Wciągający serial. Nowa bluzka. COKOLWIEK. Róbcie, drogie Matki, coś dla siebie. Bo zwariujecie. Z pustego i Salomon nie naleje - znacie to? Nie możecie wciąż z siebie dawać. Czasem trzeba zrobić coś dla siebie. Naładować akumulatory. Naprawdę, proszę, zadbajcie o siebie. 

środa, 20 maja 2015

kult czapki

Maj w rozkwicie. Pierwsze prawdziwie upalne dni w tym roku. Fanką skwaru nie jestem, więc na wyprawę do parku odpowiednio nas wyposażyłam: przewiewne, lekkie, bawełniane ubrania, kapelusz od słońca (Franek), okulary przeciwsłoneczne (ja) i oczywiście woda, co by się człowiek nie odwodnił. 

Coś nas podkusiło, żeby do parku podjechać autobusem. Niestety z powodu objazdów (#kochamremonty) utknęliśmy na 40 minut w strasznym korku. Klima oczywiście nie działała, wszystkie okna zamknięte, dzieć w płacz, a ja myślałam tylko o tym, czemu nie mam wachlarza. Albo takiego fajnego babcinego miniwiatraczka. No nic. Nie takie rzeczy człowiek przeżył. Lato idzie, będzie gorzej. Wtem, słyszę za plecami urywek rozmowy telefonicznej "kochana, no masakra jakaś, upał nie z tej ziemi, 25 stopni w cieniu, zaraz się ugotuję". 

Nie mogłam się powstrzymać i postanowiłam poszukać wzrokiem towarzyszkę niedoli. I tu przeżyłam zdziwienie. Otóż pełen upalnego udręczenia głos należał do pani w pikowanej ocieplanej kurtce. Z ortalionu. Kurtkę miała zapiętą pod samiuśką szyję. 

No ludzie kochani! Przecież od samego patrzenia robi się gorąco i bynajmniej nie mam na myśli poziomu atrakcyjności tej pani. Zresztą, kto wie? Może nie miała nic pod spodem i dlatego nie mogła się rozpiąć? Albo upaćkała się ketchupem i wolała powoli się gotować niż ukazać światu plamę? A może brała udział w eksperymencie "Nie zdejmuję kurtki przez miesiąc"? Nie wiem. Nie moja sprawa. 

Historyjka z autobusu to tylko pretekst, żeby napisać coś o typowo polskim zjawisku. 

KULT CZAPECZKI. 

Rozejrzyjcie się, któregoś pięknego słonecznego dnia, dokoła. Dzieci poubierane jak na Syberię. Czapki (nie mówię tu o takich z daszkiem, chroniących głowę przed słońcem), polary, grube skarpety, swetry, koce... Oczywiście, rodzice się nie przegrzewają. Co to, to nie. Krótki rękawek, szorty, spódnica. O co więc chodzi? Jeśli człowiek zarejestrował, że jest ciepło (a chyba zarejestrował, skoro jest ubrany lekko), to czemu funduje swojemu dziecku saunę? 

Czemu? 
ŻEBY SIĘ NIE PRZEZIĘBIŁO 

No jasne, jeśli dzieci od maleńkości są przegrzewane, to nic dziwnego, że potem byle wiatr zawieje, a już są chore. Dlatego warto od początku rozważnie ubierać dziecko. Wyznacznikiem powinien być karczek - ciepły, ale nie zgrzany. 

Mnie z kultu czapeczki uzdrowiła (na szczęście jeszcze przed narodzinami Franka) rozmowa ze znajomą, która wyprowadziła się do Holandii. Znam ten kraj, byłam tam i zimą, i latem. Klimat jest dużo mniej przyjazny niż w Polsce. Dlatego naprawdę do myślenia dały mi słowa koleżanki: tam nikt nie każe dzieciom chodzić w czapkach! Nawet noworodki mają gołe główki. 
No to skoro oni tak postępują i żyją, to może jednak w Polsce przesadzamy? 

Cieszę się, że od początku hartowałam Franka, oczywiście - w granicach zdrowego rozsądku. Gorący i zdrowy z niego chłopak :)


Na koniec wspomnienie z niedawnego spaceru. 
Upał. Dziecko w nosidełku. Z gołą głową. Podchodzi do mnie obca kobieta i konfidencjonalnym szeptem mówi
- Proszę pani, powinna pani dziecku założyć czapkę. Dziecko nie powinno mieć gołej głowy. 
- Dziękuję za troskę - odpowiadam z uśmiechem. - Wiem, że w Polsce mamy kult czapeczki, ale proszę mi wierzyć, na świecie nawet w ostrzejszych klimatach nie przegrzewa się tak dzieci. 
- No cóż... widzę, że wie pani lepiej. Mam nadzieję, że pani dziecko nie będzie ciężko chorować... - jej mina wskazywała, że życzy mi czegoś dokładnie przeciwnego. 

No jasne, bo zapalenie ucha mamy od wiatru, a nie od bakterii. Logiczne, nie? 

wtorek, 28 kwietnia 2015

...bo ciąża to nie choroba

Weszłam wczoraj rano na facebooka i od razu skoczyło mi ciśnienie. Otóż pewna telewizja śniadaniowa (której - jako szczęśliwa nieposiadaczka telewizora - nie oglądam) rozpoczęła dyskusję na temat tego, czy kobietom w ciąży należy ustępować, np. miejsca w kolejce lub w autobusie. 

Dyskusja na tryliard postów.

No cóż... moim zdaniem to chore, że w ogóle musimy DYSKUTOWAĆ na ten temat. Serio, aż tak źle jest z naszym człowieczeństwem, że trzeba publicznej debaty w tej kwestii? To retoryczne pytanie zostawiam zawieszone w próżni, chciałabym się zająć dziś jedną konkretną sprawą, która przy okazji wypłynęła. 

Wspólnym mianownikiem wielu wypowiedzi było słynne zdanie: "Ciąża to nie choroba".
Usłyszałam je już milion razy, także będąc w ciąży.
Słyszałam to zdanie w pracy.
Słyszałam to zdanie u lekarza.
Słyszałam to zdanie w rodzinie.
Słyszałam to zdanie wśród znajomych.
Słyszałam to zdanie - a jakże by inaczej - od przypadkowo spotkanych, nieznanych mi osób.

Oczywiście ten frazes pada wyłącznie z ust osób, które albo ciążę znają wyłącznie z teorii, albo miały to szczęście, że w ciąży czuły się doskonale, może nawet lepiej niż bez niej ;)



Co prawda w ciąży byłam dawno temu, ale pamiętam, że choć ciąża to nie choroba, to:

- można się w niej czuć gorzej niż kiedy jest się chorym

- istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że cały dzień jest się na głodniaka, ponieważ mdłości skutecznie utrudniają jedzenie czegokolwiek

- spada wtedy odporność, więc oprócz bycia w ciąży bardzo łatwo być także zwyczajnie chorym

- nie można brać wielu (większości) leków, więc nawet zwykły ból głowy jest katorgą, a co dopiero typowe dla ciąży bóle kręgosłupa, które czasem sprawiają, że człowiek nie ma siły wstać z łóżka

- z powodu zwiększonej (w bardzo szybkim tempie) masy ciała siadają stawy, pod koniec ciąży ledwo chodziłam, bo tak bolały mnie kolana i kostki

- co najważniejsze - pod sercem nosi się Nowe Życie, Małego Człowieka, którego trzeba za wszelką cenę chronić, bo jest zupełnie bezbronny.



Dlatego jeśli widzisz kobietę w ciąży, zaproponuj jej pomoc.
Być może odmówi, bo czuje się wspaniale. Ale być może pomożesz jej, kiedy jest jest słabo, kręci się w głowie, ma mdłości, ledwo stoi na nogach. Niepotrzebne skreślić. W ten sposób sprawisz, że na moment świat będzie lepszy.

W jej imieniu - dziękuję.



piątek, 17 kwietnia 2015

siostry weganki i bracia weganie, dzięki Wam!

Nie wiem, jak Wy, ale my zjedliśmy już wszystkie świąteczne zapasy. Pomyślałam więc, że to świetny moment, żeby napisać coś o jedzeniu. Zdrowym jedzeniu. 

Kiedy Franek był malutki, bardzo szybko okazało się, że jest alergikiem. Wiem, że w dzisiejszych czasach to nic nadzwyczajnego. Coraz trudniej znaleźć małych niealergików. 

Wiele mam przeżywa niemałą frustrację, dowiadując się, że dziecko ma nietolerancje pokarmowe. Oczywiście, nie chcę umniejszać roli tatusiów, oni też z pewnością przeżywają tę sytuację, ale mamy karmiące piersią są nią bezpośrednio obciążone. To one muszą wprowadzić dietę eliminującą, żeby pomóc maluszkom. 

Być może najprościej byłoby odstawić dziecko od piersi i przejść na sztuczne żywienie. Być może. Ale proste rozwiązania nie zawsze są najlepsze. Trzeba pamiętać, że mleko mamy działa osłonowo, dlatego alergicy szczególnie go potrzebują. Idealna sytuacja to zlokalizowanie alergenu i wyeliminowanie go z diety mamy karmiącej. 


U nas winowajcą okazał się Pan Pomidor. Addio pomidory śpiewałam sobie przez kilka miesięcy. Teraz mogę już je jeść, ale Franek wciąż nie może mieć z nimi bezpośrednio do czynienia (około 11 miesiąca przestały mu szkodzić w moim mleku). 


Zanim jednak odkryłam źródło alergii, musiałam przejść na restrykcyjną dietę eliminującą.

Wiecie kto mi wtedy pomógł? Weganie. Zawsze myślałam, że to niezłe freaki, a jako mięsożerca nie byłam w stanie zrozumieć wegetarian, a co dopiero ludzi, którzy rezygnują nawet z jajek i mleka! 


Punktem wyjścia dla mamy alergika jest wyeliminowanie wszystkich najpopularniejszych alergenów. A do nich zaliczają się (między innymi) wszelkie produkty jajko i mleko pochodne. Co to oznacza w praktyce? Żmudne czytanie wszystkich etykietek, ponieważ jajka w proszku i mleko w proszku są dodawane do całej masy produktów, których wcale nie podejrzewalibyśmy o to, że mają je w składzie (np. w chlebie). Masakra. Na szczęście – jak już pisałam – są weganie. Oni z własnej woli przetarli szlaki, którymi ja musiałam kroczyć zdecydowanie wbrew swej woli ;) Jakież było moje zdumienie, gdy odkryłam bogactwo kuchni wegańskiej! Co więcej – okazało się, że dobrze zbilansowana dieta wegańska jest naprawdę zdrowa. Odkryłam produkty, o których nigdy nie słyszałam, na przykład karob. Odkryłam też zastosowanie różnych produktów, o których nawet nie śniłam, na przykład beza z siemienia lnianego :D 



Dieta wegańska zafascynowała mnie swym bogactwem. I choć na diecie być już nie muszę (co najwyżej odchudzającej, heheszki), a z mięsa i jajek rezygnować nie zamierzam, w naszej kuchni zagościło sporo wegańskich inspiracji. Jednym z takich odkryć jest amarantus. To niezwykłe i wciąż niestety mało popularne zboże jest jednym z najlepiej przyswajalnych przez człowieka źródeł żelaza (z anemią boryka się bardzo wiele osób, zwłaszcza dzieci, kobiet w ciąży i karmiących mam). Zamiast łykać syntetyczne żelazo, naprawdę lepiej wprowadzić do codziennej (lub prawie codziennej) diety ten właśnie produkt. 



W jakiej postaci można go kupić? Czy w ogóle można go kupić w normalnych sklepach? W jakiej postaci go jemy? 



Na szczęście większość marketów ma dział EKO, w którym zazwyczaj bez trudu odnaleźć można amarantus. Są oczywiście specjalne sklepy ekologiczne, można go też zamówić (pewnie trochę taniej) przez Internet. 

Amarantus dostępny jest w postaci mąki, która świetnie nadaje się do panierowania (kotleciki - miłość wszystkich Polaków – od teraz w zdrowszej formie), zagęszczania sosów (świetne połączenie z wołowiną) oraz do wszelkiego typu kruchych ciast (zarówno słodkich, jak i słonych tart). W przypadku ciast zazwyczaj robię mieszanki, np. 1/3 mąki pszennej, 1/3 mąki orkiszowej i 1/3 mąki amarantusowej. Podsypuję nią także blachę do innych wypieków. 

Inna postać amarantusa to tak zwany popping. Amarantus ekspandowany, który przypomina minipopcorn :) Można go dosypać do jogurtu. 

Wreszcie moje niedawne odkrycie – amarantus w płatkach, który wygląda jak drobinki złota. Dodaję go głównie do mięs. Właściwie w prawie każdym obiedzie staram się przemycić choć trochę amarantusa. 

A na koniec wersja dla leniwych ;) Amarantus gotowy do spożycia – ciasteczka z melasą, które smakiem i wyglądem przypominają sezamki. Smakowita i zdrowa przekąska (mamy ją zawsze w samochodzie - na wypadek gdyby któreś z nas zgłodniało). 


środa, 1 kwietnia 2015

Jak oszczędzać pieniądze?

Kto mnie zna, ten pewnie parsknął śmiechem, czytając tytuł tego posta. To żadna tajemnica, że ja i oszczędzanie to dwa sprzeczne pojęcia. Oksymoron. Złośliwi może nawet przeczytają ten post z ironicznym uśmieszkiem: co też ta Kasia ma do powiedzenia na TEN temat?

No cóż… nie mylicie się! Mimo usilnych prób wprowadzenia w życie oszczędnego modelu egzystencji, nadal kiepsko mi to idzie. Ale staram się! I - chcąc nie chcąc -  wciąż uczę się na błędach.

Dziś będzie o jednym z takich błędów.

Moi drodzy, nigdy, ale to nigdy nie wychodźcie z domu bez książki. Może skończyć się to fatalnie dla Waszych finansów. Taki oto los spotkał mnie w ubiegłym tygodniu… Idąc do tramwaju (miałam nim odbyć zawrotną dwudziestominutową podróż, a jak powszechnie wiadomo, taka podróż bez lektury dłuży się niemiłosiernie), uświadomiłam sobie, że zapomniałam wziąć coś do czytania. Jak na złość droga do tramwaju wiodła obok księgarni… Dopowiedzcie sobie ciąg dalszy…

Ale mało tego!

W księgarni stanęłam przed dylematem: ambitna (Jurij Andruchowicz Zwrotnik Ukraina) czy przyjemna (Lisa Unger Wyspa nieprawdy) lektura.
Jak to się skończyło? Kupiłam obie. A przy kasie dorzuciłam jeszcze ofertę z promocji (Gillian Flynn Zaginiona dziewczyna). Kasjerka zachęcała mnie do niej tak przekonująco, że wszelkie oszczędne hamulce puściły i księgarnię opuściłam solidnie obładowana.

Lektura ambitna wciąż czeka na półce, szczerze mówiąc, trochę boję się po nią sięgać, bo nie zapowiada się lekka książka czytana do poduszki.
Natomiast oba thrillery (tudzież kryminały – jakże płynne są granice między tymi gatunkami) pochłonęłam. I chętnie podzielę się z Wami moimi wrażeniami.

1. Lisa Unger Wyspa nieprawdy



Książka napisana naprawdę ładną prozą. Świetne portrety psychologiczne. Sam wątek dreszczowy rozwija się stosunkowo późno, ale może to i dobrze, bo – w moim odczuciu – jest najsłabszą stroną książki, momentami naciąganą. Ale, ale. I tak uważam, że warto przeczytać. Dosyć dobrze pokazuje mechanizmy uwikłania w toksyczną rodzinę. Wiem, wiem – to banał, temat stary jak świat. Jednak Unger pokazuje to na tyle przekonująco, że w trakcie lektury co i rusz przypominały mi się różne takie toksyczne relacje, które znam lub kojarzę z bliższego albo dalszego otoczenia. Książka o kobietach i chyba raczej dla kobiet. 

2. Gillian Flynn Zaginiona dziewczyna



Zupełnie inaczej sprawa ma się z bestsellerem (wg "New York Timesa"). Tu strona techniczna leży. Trudno mi uwierzyć, że książka, którą jarała się Ameryka, może być aż tak słabo napisana. Być może to kwestia tłumaczenia i redakcji. Sama nie wiem. W każdym razie po przebrnięciu przez pierwszych 50 stron (tomiszcze liczy w sumie 650), naprawdę zaczęłam wciągać się w fabułę. Książka jest przerażająco wciągająca, pełna zwrotów akcji i naprawdę poschizowanych wątków (wybaczcie to określenie, ale ono naprawę idealnie pasuje, zresztą czytanie co jakiś czas przerywałam okrzykiem „rany, ale schiza” – spytajcie mojego męża). Wnioski z lektury? Przed ślubem warto udać się z przyszłym współmałżonkiem do poradni psychologicznej na testy diagnostyczne. Więcej nie powiem, żeby nie spojlerować.


czwartek, 26 marca 2015

BLW czyli BLS

BLW, czyli BLS
Bobas lubi wybór to coraz popularniejsza metoda wprowadzania stałych posiłków u niemowląt (wszystkich zainteresowanych odsyłam do książki o tym tytule i moich pozostałych postów na ten temat, które znajdziecie tu, tu i tu).
W skrócie rzecz ujmując:
- to dziecko kieruje przejściem od mleka (maminego lub butelkowego) do samodzielnych posiłków
- rodzic decyduje, co dziecko zje
- dziecko decyduje, czy i ile zje
- odchodzimy od wciskanych na siłę papek
- wierzymy, że nasze dziecko jest naprawdę zaradne i poradzi sobie z kawałkiem jabłka, nawet jeśli nie ma jeszcze zębów.

O co chodzi z BLS? To moja przeróbka: bobas lubi szacunek.
BLW świetnie wpisuje się w nurt rodzicielstwa bliskości ze względu na szacunek i zaufanie, którymi darzymy dziecko.  Dorosłym często się wydaje, że dzieci to takie bezrozumne zwierzątka, które dopiero stają się ludźmi. Nic bardziej mylnego! Metoda blw pomaga odkryć niezwykły potencjał, który kryje się w naszym małym człowieku. Pozwala go lepiej poznać, ponieważ kładzie nacisk na jego indywidualne wybory. Okazuje się, że mały człowiek ma swoje ulubione smaki, kolory, faktury. Że upodobania kulinarne mogą zależeć od jego nastroju w danym dniu. Co więcej, przekonujemy się, że mały człowiek ma całkiem niezłą pamięć, na przykład kiedy po pierwszych zmiażdżonych na amen bananach, kolejnego chwycił już delikatniej i ze smakiem zjadł (mając 8 miesięcy!).

Nie tylko my poznajemy małego człowieka. On też dowiaduje się czegoś ważnego od swoich rodziców: że jego zdanie ma znaczenie. Jego gust, nastrój, smaki – są szanowane. To jeden z pierwszych kroków na drodze do wychowania w poczuciu własnej wartości. 

czwartek, 19 marca 2015

pieluszkowe sprawozdanie

Dzisiaj chciałabym napisać słów parę na temat wielorazówek. O tym, że rozpoczynamy naszą przygodę z pieluszkami wielorazowymi pisałam tutaj. Na wielo jesteśmy od ponad dwóch miesięcy i od tego czasu ani razu nie użyliśmy jednorazówki. Czy jesteśmy zadowoleni z tej decyzji? Które pieluszki mamy i lubimy? Jakie są wady i zalety takich pieluszek? O tym będzie ten tekst :) Miłego czytania! 

Koszty. Kwestia finansowa to z jednej strony główny motywator, a z drugiej najważniejszy demotywator. Dlaczego? Rezygnacja z pampersów oznacza sporą ulgę dla budżetu domowego. Wiele osób właśnie z tego powodu przechodzi na wielo. Niestety, wymaga to sporego wkładu własnego. Innymi słowy - chcesz zaoszczędzić 3 tysiące? Musisz najpierw wydać 1,5 tysiąca. Za jednym zamachem. I to po prostu zniechęca. Nie mamy przecież gwarancji, że pieluszki wielorazowe nam się spodobają. I co wtedy? Niby można odsprzedać używki - w ten sposób odzyska się część pieniędzy. Ale i tak będziemy stratni. W pełni rozumiem te wątpliwości - z tego samego powodu wstrzymywałam się z decyzją o ich kupnie przez ładnych parę miesięcy. 

Dlatego właśnie warto poszukać innych argumentów za. Pisałam o nich w jednym z pierwszych tekstów (linkowanym wyżej), ale nie zaszkodzi w skrócie przypomnieć, że do zalet wielorazówek należy nie tylko oszczędność, ale także dbanie o środowisko naturalne i zdrowie. Dla mnie dopiero uświadomienie sobie wszystkich plusów było dostatecznym bodźcem do zrobienia poważnych pieluszkowych zakupów. 

No właśnie. Zakupy. 
Nie powiem, jakie pieluszki radzę Wam kupić. Powiem Wam po prostu, jakie pieluszki my mamy. I czy jesteśmy z nich zadowoleni. 

Poniżej mały słowniczek. Kwestia nazewnictwa dość długo i niezwykle skutecznie odstraszała mnie od zagłębienia się w ten temat. 
Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że pieluszki nie składają się z tylko jednej części. Wyposażeni w tę podstawową informację, możemy przyswoić sobie parę fachowych terminów :) 

1. OTULACZ - wierzchnia pieluszka. Może być zapinana na rzepy albo na napy. Otulacz jest wykonany ze specjalnego materiału (PUL), który przepuszcza powietrze, ale nie przepuszcza wilgoci. 




2. KIESZONKA - trochę jak otulacz (wykonana z tych samych materiałów), na zewnątrz wygląda tak samo. Różni się warstwą wewnętrzną. Od środka ma doszyty kawałek materiału (np. polarek albo mikrofibrę).

 moje ulubione kieszonki Milovii - kocham te wzory <3

 z lewej strony polar, a z prawej mikrofibra

wkład wkładamy do środka :)


3. WKŁAD - jak sama nazwa wskazuje, gdzieś go wkładamy. Gdzie? Do otulacza lub do kieszonki. W otulaczu wkład dotyka bezpośrednio do skóry, a w kieszonce wkład jest wsunięty między PUL a wewnętrzny materiał. 

 zwykły wkład po lewej, z coolmaxem po prawej

 podwójny wkład na noc, obie części sczepia się napami, 
dzięki temu są bardziej stabilne 

podwójny wkład z oddychającej bawełny

dodatkowy wkład, tzw. "sucha pielucha"

4. FORMOWANKA - pieluszka, która wygląda jak otulacz, ale nie jest zrobiona z PUL-a. Może więc służyć jako wkład (polecam na noc), na który wkładamy otulacz. 




5. PIELUSZKA TETROWA - składamy ją kilka razy, żeby zmieściła się do otulacza i mamy wkład. 

6. PREFOLD - od razu złożona (i zszyta) pieluszka - oszczędza czas przy przewijaniu, bo nie trzeba jej składać tak jak zwykłej tetry. 

 prefold w całej okazałości 

tak złożony prefold wędruje do otulacza

7. AIO - pieluszka typu all-in-one, czyli otulacz z doszytymi lub doczepionymi wkładami. Długo schnie, ale skraca czas przewijania. 





Nie powiem, która z powyższych opcji jest najlepsza - ilu rodziców, ile dzieci i ile sytuacji - tyle opinii na temat pieluszek. 

My na co dzień używamy otulaczy z wkładami, formowankami, pieluszkami i prefoldami bambusowymi lub bawełnianymi. Ich ogromną zaletą jest to, że nie podrażniają pupy dziecka, są najbardziej naturalne i oddychające. Niestety, trzeba je super często zmieniać, ponieważ są mało chłonne. 
Dlatego na wyjścia (albo kiedy ktoś ma opiekować się Frankiem i chcemy oszczędzić kłopotu) używamy kieszonek lub AIO. Są one gotowe do użycia i nie trzeba bawić się w zakładanie różnych warstw wierzgającemu dziecku. Kieszonki trzeba uprzednio przygotować (czyli włożyć do środka wkład). W przypadku AIO i kieszonek przewinięcie zajmuje dokładnie tyle samo czasu, co przy jednorazówkach. Otulacze wymagają dodatkowych pięciu sekund, żeby włożyć wkład. Strasznie dużo czasu, co nie? :P 

Wspomniałam o kwocie 1,5 tysiąca. Oczywiście można wydać mniej lub więcej. Można kupić używane pieluszki. My mamy nówki sztuki, które starczają nam na ponad dwa dni. Co dwa dni robię pranie. Dorzucam do niego ubranka, ręczniki itp. Piorę w 60 st, ale znam wiele osób które ustawiają 30 lub 40 st. Do prania dodaję łyżkę specjalnego proszku odkażającego (Nappy Fresh). Do płukania daję 3 krople olejku lawendowego (nadaje piękny zapach, a przy tym działa odkażająco). Pieluszki schną bardzo szybko (PUL i zwykłe wkłady w kilka godzin) lub trochę dłużej (wszystko, co nie jest PUL-em, polarem lub mikrofibrą). 

Nasz zestaw składa się z: 
5 kieszonek Milovii, w tym trzech z polarem i dwóch z mikrofibrą, 
4 otulaczy Milovii, 
1 otulacza Grovia SIO (mój ulubiony)*, 
2 AIO Grovia (średnio lubimy), 
1 AIO Imse Vimse (bardzo lubimy, bo może też pełnić funkcję otulacza). 

Ponadto mamy: 
2 wkłady Milovii rozmiar S
4 wkłady Milovii rozmiar M
2 wkłady Milovii rozmiar L 
2 wkłady Milovii z coolmaxem rozmiar M 
2 wkłady Milovii z mikropolarem rozmiar L 
1 wkład bambusowy frotkowy ECOpi 
2 podwójne wkłady na noc bawełniano-bambusowe AIO OS Imse Vimse (bardzo lubimy)
3 prefoldy Grovii (uwielbiamy)
2 formowanki bawełniane ECOpi (bardzo lubimy)
2 formowanki bambusowe ECOpi 
2 wkładki "sucha pielucha" Milovii (dodatkowa warstwa, która gwarantuje uczucie suchości, ale rzadko używamy, bo polar podrażnia wrażliwą skórę). 

Otulaczy nie musimy zmieniać za każdym razem, bo czasem wystarczy wymienić wkład, dlatego nie potrzeba ich tak wielu. Na większe wyjścia lub na noc warto użyć więcej niż jednej wkładki - w ten sposób zwiększa się chłonność. 

Uh. 
Mam nadzieję, że Was nie zamęczyłam. :) 
Na pewno jeszcze kiedyś napiszę coś o wielorazówkach. Na razie powiem tylko tyle: żałuję, że nie zdecydowaliśmy się na nie kilka miesięcy wcześniej. 




* Mój ulubiony otulacz wygląda tak: 


W środku ma taką fajną, miłą w dotyku siateczkę, więc nie ma problemu, nawet jeśli wkład się przesunie :)